SOVABOO

Sokół i Czyż

Ch. 4: Rozdział 2, część 2

Rozdział 2, część 2

Chapter 4/60 · Page 2 of 26%

A Leszka wcale nie jest takim gamoniem! Pamiętał, żeby podać numer piętra! Brawo, Leszka!

Zakręt... Półpiętro... Cholera! Mało nie wyrżnęłam nosem — skąd tu się wziął ten próg! Za plecami usłyszałam czyjś śmiech... czy tylko mi się zdawało? Przysięgam, włosy na karku, spięte w kok, stanęły mi dęba. Niewidzialny prześladowca już cicho szurał butem, doganiając mnie. Słyszałam to... albo i nie? Ojej!

Nogi mi zmiękły, potykałam się na schodach, ręce nerwowo szukały czegoś w kieszeniach. Ale ze mnie gapa! Przecież mam telefon! Co prawda nie pasuje to do wersji dla Pietrowny, ale za to na pewno uratuje mi życie! I gaz pieprzowy! Nie na darmo kupiłam go na wyprzedaży!

A tak в ogóle, czemu ta babcia nie wraca do mieszkania? Nie słyszałam, żeby na dole trzasnęły drzwi. Czyżby stała i podsłuchiwała jak Stirlitz pod katownią Müllera, czekając na krzyk? A może ten, kto szurał w ciemności, już ją... no, wiecie... wykończył?!

O-o-o... Chcę do babci Moti! Tak strasznie chcę!..

Gdy tylko ekran się zaświecił, od razu zrobiło mi się lżej. Nikogo dookoła, tylko cienie. Brrr...

Jeszcze jedno piętro... Czwarte... Piąte... A klatka całkiem niczego sobie, zadbana. No proszę, nawet fikus w donicy stoi i dziecięcy rowerek. Patrzcie, i ludzie się nie boją zostawiać. U nas pod domem dawno by go „podprowadzili”!

Telefon pisnął, a ja z wrażenia o mało go nie upuściłam.

Bateria — siedem procent! Pik-pik — pięć! Pik-pik... O nie, nie, nie! Błagam! Rzuciłam się pędem przed siebie. Gdzie jest to przeklęte mieszkanie numer dwadzieścia osiem?! Tylko nie teraz! Tylko nie waż mi się wyłączyć! Słyszysz, ty chińska produkcjo?! Przecież ja nawet klucza do zamka po ludzku nie włożę! A nuż to nie ten klucz albo nie te drzwi! Jeszcze zamkną Czyżyka w więzieniu, jak siostrzeńca Matyldy Iwanowny! Za usiłowanie zabójstwa śpiących obywateli i rozbój! I wtedy żegnaj uniwersytecie, żegnaj kariero! Witajcie kajdanki i kraty! I czeka cię, Fańka, mroźna Syberia... A wszystko przez ten telefon!

Ręce drżały mi jak u włamywacza-amatora, kiedy otwierałam drzwi i wślizgiwałam się do środka. Ale gdy tylko drzwi się zatrzasnęły, telefon zgasł...

Ciemność absolutna.

Mamuśku... Chcę na dworzec do bezdomnych!

Pewnie stałabym tak jeszcze długo, oparta plecami o ścianę, wsłuchując się w łomot własnego serca w ciszy obcego mieszkania, gdyby organizm nie pogonił mnie pilnie do łazienki.

Szum wody trochę mnie uspokoił. Udało mi się nawet rozebrać i umyć. Gdzieś porzuciłam torbę i buty. Odzyskawszy resztki panowania nad sobą, potuptałam po omacku korytarzem i — o cudzie! — znalazłam pokój. Jeden jedyny. I łóżko. Na nic więcej nie miałam już sił. Zostało tylko zrzucić dżinsy i sweter.

Pokój był ciemny, łóżko wielkie i przytulne. Najpierw położyłam się na samym skraju, ale zrobiło mi się jakoś nieswojo, więc powolutku, po cichutku, odpełzłam pod samą ścianę. Tam też zasnęłam, naciągnąwszy kołdrę na głowę, myśląc o tym, że tę przygodę zapamiętam chyba do końca życia!

Żebym tylko nie zaspała...

Chapter 4 / 60 · Page 2 of 2