SOVABOO

Sokół i Czyż

Ch. 5: Rozdział 3, część 1

Rozdział 3, część 1

Reading sample: chapter 5 of 19

— Ja?! To skąd TY się tu wzięłaś, wariatko! Całkiem ci odbiło, żeby włamywać się ludziom do domów i pchać się do łóżka?! Co wy tam z dziewczynami, powariowałyście na punkcie tych programów „Bądź sprytna — zdobądź faceta”?! Najpierw listy, telefony, potem czatowanie na klatce… Co za bzdura! Ale tak daleko to jeszcze żadna nie zaszła!

— Ja nie chciałam, naprawdę…

— No jasne, opowiadaj! Spodni też nie chciałaś zdejmować, mojego tyłka obmacywać i wrzeszczeć mi nad uchem jak syrena alarmowa? O mało nie zostałem przez ciebie jąkałą!

— Niczego nie obmacywałam…

— Powiedz jeszcze, że włączyłaś te decybele przez przypadek! A ja uwierzę, pewnie, że nie wiedziałaś, do czyjego łóżka się pakujesz! Kto tu mieszka, twoim zdaniem?! Twoja mama?! Mam napisane na czole „idiota”?

Oho, ciemne brwi się ściągnęły, oczy rozbłysły. Gdyby nie ta grzywka i odciśnięta poduszka na policzku, można by się naprawdę przestraszyć. Zresztą, chyba i tak się bałam.

— No tak…

— Coooo?!

— Oczywiście, że nie wiedziałam! O niczym nie wiedziałam! Trafiłam do twojego mieszkania przez absolutny przypadek!

— Dobra, koniec! Urządziłaś tu niezły cyrk! — Sokolski zaczął się wiercić, owijając się kołdrą. Ja też próbowałam jakoś pozbierać swoje rozrzucone kończyny. — Nie jestem twoim klaunem! Nie masz z kim spać — idź na Tindera i rozwiązuj problemy po dorosłemu, ale beze mnie. Sam wybieram, z kim sypiam, gdzie i kiedy, jasne?! I w ogóle — jego szare oczy zmierzyły mnie złośliwie — niby dlaczego miałabyś mi się spodobać? Jesteś kompletnie nie w moim typie!

Co-o?! Pff! No proszę, jaki esteta! Też mi coś! Gdyby była tu Mila Francewna, ona — jako światowej sławy pianistka — szybko by temu indykowi wyjaśniła, co to jest dobry gust, a co to zwykłe chamstwo. Ale ja zamilczę. Wielkie mi szczęście — nie to, to inne!

Najwyraźniej moja twarz dobitnie odzwierciedlała moje myśli, bo Sokolski nagle wycelował we mnie palec:

— Tylko nie waż się robić scen! Mam już dosyć was wszystkich — tych spragnionych uwagi panienek. Już mi bokiem wychodzicie!

No nie, co za narcyz! Żebym ja miała takie mniemanie o sobie! On na pewno jest sokołem, a nie nadętym pawiem?

— Wcale nie robię scen. Owszem, zdziwiłam się! Możesz nie wierzyć, ale naprawdę nie miałam pojęcia, że tu mieszkasz. Leszka powiedział: „kumpel”. I że ten kumpel wyjechał z miasta, o! Więc pomyślałam…

Ciemna brew Sokoła uniosła się w ironicznym geście. Wyglądał w tej kołdrze jak rzymski patrycjusz. Tylko wieńca laurowego mu brakowało, żeby zakryć tę „pieczęć idioty”. Ale miał rację — logika była dziś przeciwko mnie. Rzeczywiście, mogłam się domyślić. Ilu Leszka ma kumpli z własnym mieszkaniem? Pewnie niewielu. A o Sokole Uljanka wspominała, że mieszka sam, bo ojciec to jakaś gruba ryba.

— Jak wyjechał, tak wrócił. I dla twojej wiadomości: nie nocuję byle gdzie! A Leszy miał się stąd zmyć godzinę po moim wyjeździe…

Najwyraźniej nie tylko ja intensywnie myślałam, bo chłopak nagle zmarszczył czoło i wypalił:

— Czekaj. Powiedziałaś: Leszka? Kim? Czyli to z tobą on tu kręcił, a potem zostawił cię na noc? Czy ten drań całkiem zgłupiał, żeby w moim łóżku obracać swoje panienki?!

Ojej, zaraz ten ptaszek pęknie — tak Sokolski się nadął i poczerwieniał. Zaczął nawet fikać nogami, zsuwając się z łóżka. Razem z kołdrą, rzecz jasna! Przy Leszce nie wydawał się aż tak wyprowadzony z równowagi.

Stop! Leszka. Cofnijmy taśmę. Co on właśnie powiedział?!

Wygląda na to, że w tym pokoju zaraz pękną dwa ptaszki.

Z oburzenia poderwałam się na nogi, ale poduszki nie puściłam — jeśli dbać o honor, to do końca!

Chapter 5 / 60 · Page 2 of 3