Rozdział 3
Czy więc naprawdę coś było między nią a dziadkiem? I jak poważnie? Może dlatego nie patrzy na mężczyzn wokół, choć chętnych, żeby podbić do mojej sekretarki, tutaj nie brakuje. I przecież nawet z nikim nie flirtuje, zauważyłbym.
A może dlatego, że kogoś ma?..
Po kolejnej bezsennej nocy i całym dniu spędzonym w rozjazdach i na obiektach głowa pękała, a skronie pulsowały uciskiem. Wróciłem do biura ponury, głodny i zły. Przeklinając godzinę, w której we Frankfurcie zadzwonił telefon i niespodziewanie wyrwał mnie z mojego zwyczajnego życia do miasta, w którym się urodziłem i gdzie, jak sądziłem, nic mnie już nie trzyma. Tego życia, w którym Andrzej Woronow miał własny biznes, dom, matkę, siłownię, czas na normalny obiad i kolację w restauracjach, i gdzie był seks. Tak, z partnerką biznesową, ale z Anną całkiem nieźle się dogadywaliśmy, gdy chodziło o łóżko i nie chodziło o uczucia. Potrafiła wiele zaoferować.
A co mam teraz? Nie mam czasu porządnie zjeść, nie mówiąc już o tym, żeby się z kimś przespać.
Chociaż „z kimś” w moim kontekście brzmi prawie nierealnie. Ostatnio stałem się zbyt wybredny i oschły wobec płci żeńskiej. Chociaż… kto wie, może nawet połknąłbym przynętę Walerki, Nelly Przygożewą, gdyby nie…
Gdyby nie „co”?
Drzwi się otworzyły i do gabinetu, za którego oknami zdążyło już ściemnieć, wślizgnęła się moja sekretarka. Cicho, starając się nie hałasować, przeszła po dywanie obok mnie i zatrzymała się przy szafie.
Na jasnym tle ściany natychmiast pojawiła się ruda plama i przyciągnęła moje spojrzenie. Nie utrzymawszy uwagi na ekranie laptopa, ukradkiem rzuciłem je na dziewczynę.
Kogucik przyszła podlać kwiaty, jak prosiłem, i przyniosła ze sobą drabinę. Przystawiła ją do szafy, pobiegła do recepcji po konewkę, wróciła i ostrożnie zerknęła na mnie. Dopiero upewniwszy się, że jestem zajęty pracą, zaczęła wspinać się na górę.
Stopień, jeszcze stopień. Wspiąwszy się na najwyższy szczebel, Ruda uniosła się na palcach, oparła rękę o górną płytę szafy i wyciągnęła konewkę do roślin…
Nie od razu udało mi się wypuścić powietrze, ale za to ucisk w skroniach osłabł. Tę część dnia pracy lubiłem najbardziej. Kiedy mogłem nie okłamywać samego siebie…
Kogucik była nie tylko miła. Była ładna i cholernie przytulna — gust Woronowów najwyraźniej zgadzał się nie tylko w miłości do tych samych marek samochodów i wygodnego życia, lecz także w sympatii do słabszej płci. Jej obecność uspokajała, gdy tylko wchodziła, i nastawiała do pracy. Ale tylko tę część mnie, która dotyczyła biznesu. Moje libido przy jej pojawieniu się kazało sercu bić szybciej, złościć się, wspominać złym słowem byłego gospodarza gabinetu i mimo wszystko wracać do niej spojrzeniem.
Giętka talia i okrągła pupa — zawsze takie lubiłem. Prosta, surowa spódnica bardzo apetycznie opięła tyłek Kogucik i korzystnie pokazała długie nogi. Ciekawe, czy skóra na jej udach jest równie delikatna jak na nadgarstkach? A może ma miejsca jeszcze delikatniejsze?..
Na przykład na karku, pod gęstą burzą włosów, których nigdy nie rozpuszcza? Bo o innych miejscach dziewczyny może myśleć każdy inny kretyn, ale nie ja.
„Kogucik”, co za głupie nazwisko. Zupełnie idiotyczne! Nie daj Boże takiego normalnemu facetowi — wyśmieją tak, że łatwiej będzie się powiesić.
Wyszłaby za mąż czy co. Choćby za dziadka. Byłaby Woronowa, a nie jakaś tam… „ku-ku-ry-ku”!
Nie zdążyłem spuścić głowy i spotkaliśmy się spojrzeniami. Odwrócona Kogucik nagle się zachwiała, jęknęła i, machnąwszy ręką, głośno krzyknęła. Konewka poleciała w dół, drabina zaczęła się przechylać… I gdybym w tym czasie patrzył w laptop, nie zdążyłbym zerwać się, przeskoczyć przez biurko i złapać swojej niezdarnej sekretarki na pierś, utrzymując ją w rękach.
Obok trzasnęła drabina, spadła doniczka z kwiatem. Kogucik mocno objęła mnie rękami za szyję, szeroko otworzyła oczy i, spotkawszy się z moimi, znów pisnęła, ale tym razem ze strachu.
— A-andrzeju Igorowiczu… P-przepraszam!
Jej pierś znajdowała się trzy centymetry od mojej twarzy i sekundę wcześniej musiałem oderwać od niej nos. A po ogłuszającej nas oboje pauzie ciszy — powiedzieć cokolwiek, żeby nie zastygnąć przed podwładną jak idiota. Bo Kogucik okazała się przytulna nie tylko z wyglądu, ale i bardzo w dotyku.
— Co to znowu za akrobacje, Kogutowa?! Tylko cyrku brakowało w moim gabinecie! Skąd pani nagle wpadło do głowy na mnie wskakiwać?
— Ja?!
— No tak! Nie ma pani innych zadań?
— Nie wpadło mi do głowy, to stało się przypadkiem!
— Oczywiście! I teraz przypadkiem udaje pani na mnie małpę? No i jak, wygodnie?
— Nie!
— Czyli według pani jestem tak nieprzyjemny, że lepiej było pozwolić pani upaść na podłogę?
Policzki Kogucik nie tylko zapłonęły, ale gęsto oblały się purpurą.
— Nie, jest pan przyjemny… To znaczy chciałam powiedzieć, że nie chciałam… Przecież sam pan mnie złapał!
— Naturalnie! A co miałem robić, siedzieć i patrzeć, jak na moich oczach skręca sobie pani kark? A potem wieźć panią na pogotowie, siedzieć w poczekalni pół nocy! A ja mam tu pracy po uszy! Spać nie ma kiedy! Czy pani uważa, że powinienem myśleć wyłącznie o pani?!
— P-przepraszam, Andrzeju Igorowiczu. Tak niezręcznie wyszło.
— Proszę się przyznać, Kogutowa, czy celowo ciągle mnie pani rozprasza? Nudno pani w swojej recepcji?
— W-więcej się nie powtórzy!
— I proszę nawet nie próbować, nie jestem palmą!
Postawiłem Kogucik na nogi i ze złością odsunąłem od siebie, żeby już nie niepokoiła swoją bliskością. Tylko tego mi teraz brakowało pod wieczór — urwać się i narobić ze swoją sekretarką takich rzeczy, po których trudno będzie znaleźć słowa, żeby razem pracować. Wystarczą mi jedne pozaregulaminowe relacje z partnerką biznesową. Teraz oboje nie wiemy, co z nimi zrobić. Ani nie kocham, ani nie czuję miłości, i przez to czuję się łajdakiem.
Kogucik wreszcie odtajała i szybko poprawiła na biodrach spódnicę, która wysoko podjechała od moich rąk. Zerknęła na mnie jednocześnie zawstydzona i podejrzliwa: czy aby nagle się na nią nie zapatrzyłem?
Serio? I ta młoda kobieta ma dzieci? A wygląda jak typowa niewinność. Jeszcze rumieni się jak uczennica! Na pewno należy do tych, które uprawiają seks wyłącznie po ciemku i pod kołdrą. Lepiej nawet nie próbować wyobrazić sobie, co by było, gdybym sam poprawił jej spódnicę.
Ha! Zdecydowanie zostawiłbym światło, a o Annie nawet bym nie pomyślał.
Cholera!
Odszedłem na bok i podniosłem drabinę. Objąwszy ją, żeby zanieść do schowka, surowo spojrzałem na sekretarkę.
— Proszę tak nie stać, Kogucik. Wszystko już się skończyło i jest pani cała. Lepiej posprzątać ślady pani upadku, bo jutro mój zastępca nie zrozumie, czym my się tu z panią zajmowaliśmy!
— Andrzeju Igorowiczu…
— Nie, nie zwalniam pani!
— Ale już siódma!
— Jutro mnie nie będzie, więc wtedy weźmie pani wolne!
— Dziękuję. A czy mogę…
— Co? Jeszcze raz podstawić ramiona?
— …w-włączyć odkurzacz?
— Niech pani już robi, co chce!
I Kogucik robiła — przez wszystkie następne dni. Dokładnie wszystko, żeby wybić mnie z myśli o transakcjach z cienia z drobnymi wykonawcami, w większości fikcyjnymi, które próbowałem wykryć i prześledzić.