Rozdział 3
Jak sprytnie urządzili schemat kradzieży pieniędzy z „Sezamu”! Od razu nie ma się do czego przyczepić, jeśli nie wiesz, gdzie szukać — według oficjalnych papierów wszystko czyste. Ale wystarczy kopnąć głębiej i natychmiast pojawiają się pytania: co to za firmy krzaki? Kto odpowiadał za przetargi? I czy w ogóle się odbyły?
Nie, coś takiego nie mogło przejść obok dyrektora finansowego. A dziadek, najwyraźniej, do końca ufał swojemu zespołowi…
Kto więc stał się tym pierwszym robakiem, który podgryzł to zaufanie? Czyżby Jurij Dołmanski? Syn szkolnego przyjaciela dziadka? Bardzo na to wygląda. Jest starszy od Walerki, dużo mądrzejszy i najpewniej zna go od dawna — jeszcze zanim sam wyskoczyłem ze spodni, dorosłem i niespodziewanie dla siebie okazałem się głównym spadkobiercą korporacji.
Całkiem możliwe, że Dołmanski od dawna trzyma z Kuprijanowem. A jeśli tak, to na tle machlojek, które odkryłem, obraz rysuje się wcale nie różowo, lecz głęboko niebezpiecznie, gdzie pierwsze skrzypce gra nawet nie chęć zysku, ale wieloletnia zawiść, która w końcu kazała młodszemu wspólnikowi Woronowa starszego zejść na krzywą drogę. Firma budowlana „Sezam” to bardzo łakomy kąsek, Walerka do zarządzania taką machiną nie dorósł. Tutejsze rekiny już po roku przegryzłyby mu kręgosłup i wyrzuciły z interesu jak śmieć.
Przecież dziadek nie mógł tego nie rozumieć?
A jednak staruszek przez długi czas stawiał na niego…
Czy nie dlatego, że chciał zmusić wszystkich, by w to uwierzyli, i pozwolić rekinom wystawić paszcze z wody? Żeby potem punktowo wybić je jednego po drugim, podczas gdy sam przepisał wszystkie aktywa na moje nazwisko?
Mhm. Ładny prezent mi przygotowałeś, dziadku Matwieju — zrobiłeś ze mnie myśliwego. I nie tylko ze mnie — dla wielu tutaj stałem się niemiłą niespodzianką. Tak niespodziewaną, że zdecydowali się nawet na morderstwo.
Choć trzeba przyznać, z ich strony to sprytne — jednym strzałem pozbyć się dwóch problemów i dostać się do akcji „Sezamu”.
Jakim idiotą musi być Walerka, żeby nie zrozumieć, jaka rola przypadnie mu po mojej likwidacji? Czy naprawdę jest głupszy, niż wygląda, i serio uważa, że siadając w fotelu dyrektora generalnego, zdoła wywinąć się razem ze swoją wspólniczką? Czy nie rozumie, że ich nie oszczędzą?
Oczywiście istnieje podejrzenie, że Nelly Przygożewa pracuje nie tylko dla Kuprijanowa, ale i dla głównego gracza z cienia w zarządzie. I właśnie to zamierzałem wyjaśnić jak najszybciej. Najlepiej jeszcze zanim zdecydują się dokonać swojego czarnego czynu.
Po opowieści Kogucik dłużej ukrywać śledztwa nie było można i, uprzedziwszy właściwych ludzi, sam poszedłem na zbliżenie z Przygożewą, zamierzając jej podgrywać i dopuścić ją bliżej siebie. A jeśli trzeba, to i przycisnąć za gardło do ściany.
I dopuściłbym, gdyby nie moja sekretarka, uparcie niechcąca się uspokoić i „nie wierzyć własnym oczom i uszom”, choćbym nie wiem jak groźnie przy tym obstawał. Czujnie rozglądała się na boki i przez swój upór ryzykowała, że wpadnie w kłopoty — tylko tego brakowało!
I gdyby nie ja sam, który po większości dnia spędzonej na budowach, a potem zasiedziawszy się przy pracy, zapomniałem, że dzisiejszego ranka spotkałem Przygożewą w windzie (co za zbieg okoliczności!) i umówiłem ją na późne spotkanie w swoim gabinecie. Obiecując obfitej piękności filiżankę kawy i gorącą rozmowę sam na sam.
Cholera! Jak bardzo nie w porę się pojawiła! Jakby specjalnie wyczuła moment, kiedy tracąc cierpliwość, byłem już bliski udowodnienia Kogucik, jak bardzo się myli.
Góra lodowa, tak? Sopel?!.. Chciała ze mną zamarznąć? A co ona o mnie wie! To nie moja wina, że bez niej jestem jak bez rąk! Niech uczy się czytać moje myśli, jeśli chce ze mną pracować, i nawet nie marzy o zwolnieniu!
Ale ja też jestem dobry, idiota! Trzeba było tak wsiąknąć w pracę i utarczki z najbardziej upartą sekretarką na świecie, żeby brunetka całkiem wyleciała mi z głowy! Teraz pozostaje tylko schować Kogucik pod stołem i liczyć na jej rozsądek. Na to, że posiedzi tam cicho choć parę minut, póki nie zorientuję się w sytuacji i nie zdecyduję, co dalej zrobić z Przygożewą.
Ostatnio Kogucik zachowuje się dość podejrzanie, biegając za mną po całym budynku firmy, żeby zainteresowane osoby nie zadały pytania „dlaczego”. Dlatego lepiej, żeby teraz nie migała nam między oczami.
— Andrzeju Igorowiczu! Co… co pan robi?! Oszalał pan!
— Włazić, mówię! I zbierać papiery. Po cichu!
Wepchnąłem Kogucik pod stół tak stanowczo, że nie zdążyła nawet pisnąć. Obróciwszy fotel, położyłem rękę dziewczynie na szyi i przycisnąłem jej skroń do swojego uda, tym gestem nakazując siedzieć cicho i się nie wychylać. Potem wyprostowałem ramiona i podniosłem niewzruszone spojrzenie na spóźnionego gościa, którego, gdy weszła do mojego gabinetu, nic nie speszyło — ani przytłumione światło lampy na biurku, ani napięta cisza, która ją powitała.
Uznawszy od progu, że jesteśmy sami, Przygożewa zrzuciła z ramion futerko, położyła je na najbliższym krześle i, nie tracąc czasu, odegrała fatalną kusicielkę. Przymknąwszy za sobą drzwi, uśmiechnęła się omdlewająco i, kołysząc biodrami, powoli ruszyła w moją stronę, stukając obcasami najpierw po parkiecie, a potem wgniatając włosie drogiego dywanu.
Jak kotka, szerokim łukiem obeszła stół konferencyjny, zbliżyła się i oparła dłoń o fotel — przez cały czas nie spuszczając ze mnie oczu i pozwalając dobrze się sobie przyjrzeć.
Mhm, nieźle. Trochę zbyt ostre ramiona i sprzedajne spojrzenie, ale z kształtami kochanki Walerki było znacznie lepiej niż z zawodowymi umiejętnościami analityka — to przyznałem obiektywnie. Podobnie jak z odważną determinacją, by dziś dostać swoje. Nie powiem, żeby ta determinacja mnie zdziwiła albo poruszyła — brunetka od dawna i uparcie szukała spotkań ze mną, ale było na co popatrzeć.
Jak wygodnie, to nie Kogucik. Z takimi kobietami można oszczędzić mnóstwo czasu i uniknąć wstępów, bez słów przechodząc od razu do rzeczy. Oferując się konkretnemu mężczyźnie, nigdy się nie mylą, wszystko kalkulują z góry. Dlatego na twarzy Przygożewej, pod warstwą wprawnego makijażu, nie zobaczyłem nawet cienia wątpliwości. Już wszystko obliczyła, korzystnie zaproponowała i teraz zamierzała mnie zdobyć. A jeśli nie całego, to na pewno urwać jak największy kawałek.
Siedziałem w gabinecie sam — a więc na nią czekałem. Przyszła, po co więc przeciągać?
Wszystko przejrzyste i jasne, nie licząc tego, że nie zamierzałem być zdobyczą, choćby nie wiem jak umiejętnie na mnie polowała.
— Dobry wieczór, Andrzeju Igorowiczu — słodko zamruczała brunetka, zatrzymując się i przyjmując przede mną kuszącą pozę. — A może pozwolisz po prostu… Andrzej? Przyszłam, jak obiecałam.
Wciąż złościłem się na swoją sekretarkę, więc mocno zacisnąłem usta i napiąłem szczęki, w każdej sekundzie oczekując, że Kogucik wierzgnie pod stołem i wyda się sama. Ale Ruda nagle ucichła i przyczaiła się, a ja mogłem rozchylić wargi. Co prawda dopiero po tym, jak zmusiłem brunetkę, by przez kilka sekund wytrzymała w ciszy moje proste spojrzenie, które w końcu zachwiało jej pewnością siebie.
Tego było trzeba. Choć wchodziłem do gry jako drugi, nie zamierzałem grać według jej zasad.