SOVABOO

W stronę świtu

Ch. 3: Rozdział 3

Rozdział 3

Chapter 3/5 · Page 2 of 250%

— Ashley, słyszałaś? Okazuje się, że chłopakami, którzy pobili się w sobotę wieczorem przy klubie, byli Bruce i Hugh — Roan mi powiedział. Dobrze, że Zachary był na parkingu, zobaczył bójkę i się wtrącił, inaczej ci idioci, kumple Hugha, za nic nie odczepiliby się od Brody’ego. Co za świnie, no nie? — Amber z oburzeniem wyrzuca z siebie świeżą wiadomość i gniewnie zaciska usta, czekając na moją reakcję. — A przecież sami do nas podbili i się naprzykrzali!

— Jeszcze jakie! — zgadzam się, przypominając sobie podłą prowokację chłopaków na imprezie, i patrzę na Bakera. Z Zacharym widziałam się wczoraj wieczorem i nawet rozmawiałam, kiedy po lekcji tańca zawiozłam do niego do restauracji Mary Ann, ale o bójce chłopak nie wspomniał.

— To naprawdę prawda, Zack?

Baker właśnie bierze z lady zieloną sałatkę oraz tacos i nie zaprzecza. Ale jest zbyt lakoniczny, żeby zdradzić nam wszystkie szczegóły tego, co się stało.

— Prawda. Ale wszystko już się wyjaśniło, dziewczyny. Zapomnijcie.

— Nic się nie wyjaśniło — nie zgadza się z przyjacielem Amber. — Gdybyś wiedział, Zack, jak mi wstyd przed Brodym. Boże — martwi się — przecież on pewnie mnie nienawidzi! A wszystko przez takich idiotów jak Grimes i Renton!

— A co ty masz z tym wspólnego, Amber? — dziwi się Zachary, poważnie unosząc brew. — Chłopaki z paczki Rentona nie pierwszy raz zaczepiają tych, których w tej szkole uważają za gorszych od siebie. Bruce po prostu miał pecha, że wpadł im w ręce, a Hugh już dawno ktoś powinien był zatrzymać.

— Wcale nie po prostu. Sean z Hughem najpierw przyczepili się do mnie i Ashley, a tu akurat idzie Bruce w kostiumie Jokera. No i zaczęli wyśmiewać nas z nim, że niby jesteśmy parką. Oczywiście nie siedziałam cicho! Wkurzyłam się i zmusiłam Bruce’a, żeby mnie pocałował. W efekcie to my śmiałyśmy się z nich, a oni rzucili się na niego. Tak właśnie było!

Teraz Zachary patrzy na mnie zdezorientowany, a ja kiwam głową, przesuwając swoją tacę z jedzeniem wzdłuż taśmy przy ladzie.

— Uwierz, Zachary, Brody nas wszystkich zaskoczył — przyznaję chłopakowi. — Ale nikogo nie prowokował, jestem świadkiem. Więc trudno zapomnieć o bójce, jeśli nie jesteś niczemu winien. I jeszcze jest przykro, tu zgadzam się z Ambi. Wyobrażam sobie, co on o nas myśli…

Płacimy przy kasie za lunche, bierzemy nasze tace i ruszamy do stolika, przy którym już siedzą przyjaciele. Siadamy na zwykłych miejscach, a ja od razu otwieram kartonik z sokiem — strasznie chce mi się pić! Odwracając głowę, patrzę na stolik po przeciwnej stronie sali, przy którym zwykle siedzi Matthew.

Chłopaka nie ma w stołówce, ale przy jego stoliku siedzą dziewczyny — Nadine z dwiema koleżankami — i o czymś rozmawiają, spoglądając na wejście… i na mnie. Dzisiaj starsi uczniowie cały dzień szepczą za moimi plecami, spojrzenia dziewczyn są nieprzyjemne, ale nie mogę zabronić ludziom patrzeć, gdzie chcą, więc odwracam się i zabieram za lunch. Choć myśli o Matthew znów przesłaniają wszystkie inne.

— Jake, sam jej powiesz — Trisha nagle i jakoś napiętym głosem zwraca się do swojego chłopaka — czy lepiej ja?

Przyjaciółka przenosi na mnie zmieszane spojrzenie i szturcha Finleya łokciem pod żebra.

— Ty powiedz.

— Nie, lepiej ty! — stanowczo decyduje Trish, i Jake musi pośpiesznie przełknąć kawałek hamburgera i popić go colą.

— Co się stało? — patrząc na nich, odstawiam sok na bok i odkładam pizzę na talerz.

— Ogólnie, Ash, jest taka sprawa… — zaczyna ponuro Finley. — Ktoś z chłopaków przyznał mi dzisiaj, że Palmer w sobotę tańczył z tobą tylko po to, żeby dopiec Rentonowi. I całą resztę też robił mu na złość. Z Seanem mają teraz poważną rywalizację w drużynie, a trener Hurley pozwala Palmerowi na zbyt wiele.

— No… załóżmy. A co ja mam z tym wspólnego?

— Ale to przecież z tobą Renton chodził, kiedy wybrali go kapitanem. A co, jeśli Palmer nie zapomniał, przez kogo wyrzucono go ze szkoły, i postanowił się odegrać? Nie śmiej się, ale wielu chłopaków uważa właśnie ciebie, a nie kapitankę „Czerwonych Lisic”, za talizman „Złotych Orłów”, przynoszący drużynie szczęście. Odkąd zaczęłaś pojawiać się na boisku podczas meczów, naszej drużynie zawsze się wiedzie.

— Co? — dziwię się. — Jake, ale to przecież głupie! Jakaś bzdura. A co do Matthew… Jestem pewna, że niczego nie zapomniał. Tylko po co mu ja, skoro Sean ma inną dziewczynę?

— A skąd mam wiedzieć?! — Finley marszczy czarne brwi. — Trisha i ja po prostu chcemy, żeby ci dwaj nie wciągali cię w swoje porachunki. Moim zdaniem niech lepiej dzielą między sobą Kate Harding, a ja powiedziałem wam to, co usłyszałem!

Jasne. Wymieniamy z dziewczynami spojrzenia, a Zachary pyta:

— A ten „ktoś z chłopaków” to przypadkiem nie Ronnie Salgato gadał?

I najwyraźniej trafia w sedno, bo Jake postanawia się nie wypierać.

— A nawet jeśli Ronnie? Zack, widziałeś, co Palmer urządził w „Gorączce”? Hej, stary, obudź się! To przecież Ashley, a co wiemy o Palmerze? Że jego starszy brat jest przestępcą, a on sam zeszłej wiosny omal nie trafił za kratki? I serio wierzysz, że zadzierając z Rentonem, skończy szkołę?

Jak zawsze Baker jest niewzruszenie świetny w swojej odpowiedzi i logicznych wnioskach:

— Wszystko widziałem. Lepiej odpowiedz, Jake, a dlaczego nic o nim nie wiesz? Myślałeś o tym?

Nie myślał. I widać to po tym, jak lekko Finley wzrusza ramionami.

— Nie mam pojęcia. Co mnie obchodzi on i jego piekielna rodzinka. Osobiście nie wszedłem w drogę ani Rentonowi, ani Palmerowi, więc żadnemu z nich nic nie jestem winien.

— Właśnie — Zachary prycha z uśmiechem. — Ty osobiście nic nie jesteś winien, ale też nie zrobiłeś nic, żeby lepiej poznać Palmera. Bez urazy, Finley, ale to nie fair oceniać ludzi jednostronnie. Tylko po cudzej opinii i ich rodzinie.

Ta słuszna uwaga Bakera dotyka Jake’a, jednak nie zamierza tak po prostu oddać Zackowi zwycięstwa w niespodziewanym sporze.

— A po czym w takim razie mam oceniać? Jeśli chcesz wiedzieć, Palmer wobec nas też zachowuje się zaczepnie, choć z chłopakami nawet nie jesteśmy blisko paczki Rentona. Powiesz, że mam mu tyłek podcierać, żeby zrobił się milutki?

— Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Czemu się dziwisz? Wy wyciągnęliście swoje wnioski, on je przyjął. Teraz wszyscy żyją według przyjętych zasad. Ale to wcale nie znaczy, Jake, że wnioski są prawdziwe, a zasady obiektywnie słuszne.

Jake chce jeszcze coś odpowiedzieć Zachary’emu, ale nagle milknie. Przenosząc spojrzenie za moje plecy, napina usta, odkładając rękę z powrotem na swojego hamburgera.

A ja nagle słyszę głos, który znam tak dobrze.

— Cześć wszystkim. O co spór?

Matthew?

Chapter 3 / 5 · Page 2 of 2