Rozdział 3
Przywykłam usprawiedliwiać swoje „spóźnienia”, mógł mnie nie uprzedzać. Dlatego bez pośpiechu zapisałam wszystkie zmiany w dokumentach roboczych, wyłączyłam komputer i wstałam. Odwróciwszy się do lustra, poprawiłam na sobie żakiet i podkreśliłam usta pomadką. Przypomniawszy sobie, że moje problemy nikogo nie dotyczą, uniosłam podbródek i uśmiechnęłam się do swojego odbicia, licząc na to, że noga mnie nie zawiedzie i przez najbliższą godzinę pozostanę opanowana i profesjonalna. Otwarta na wszelkie pytania i dyskusje.
Jak zawsze!
Powiedziawszy dziewczynom w dziale, że Koreańczycy są na miejscu, a więc nadeszła godzina X, wymieniłam z Marikiem życzenia: „Połamania nóg!” – „Do diabła!”, zawiesiłam torebkę na ramieniu, wzięłam do ręki teczkę z dokumentami i poszłam naprzeciw wspólnej przyszłości podpisywać kontrakt.
Wyszedłszy z „Regina-style”, przecięłam hol, wsiadłam do windy i zjechałam na dół centrum biznesowego, trafiając do centralnego dwupoziomowego westybulu, gdzie o tej porze wrzała robocza krzątanina i kręcili się ludzie, spiesząc do swoich spraw.
W ogromnym budynku „Galaktyki”, zbudowanym w kształcie odwróconej litery „T”, mieściło się mnóstwo firm i przedstawicielstw solidnych przedsiębiorstw. Działały kancelarie prawne, agencje nieruchomości, kilka giełd, bank, a nawet nadawał kanał telewizyjny. Było kilka restauracji i kawiarni. Znajdowało się tu prawie tuzin sal konferencyjnych i mniejszych przestrzeni biznesowych.
Największa i najbardziej reprezentacyjna z restauracji – „Astoria” – znajdowała się na pierwszym piętrze centrum biznesowego, za to jej sala konferencyjna – na drugim.
Na nasze pierwsze spotkanie z Koreańczykami z ich firmy przyszły dwie osoby, ale na drugie i trzecie zjawiło się już około dziesięciu. I właśnie dla nich przygotowywałam i prowadziłam w tej sali szczegółową prezentację naszych możliwości i usług. Rysowałam perspektywy, używałam projektora i pomocy Marika, starając się być przekonująca. I wydawało mi się, że klienci byli zadowoleni.
Osobiście w piątek zamówiłam obiad w „Astorii” i wybrałam menu na prośbę Arnolda, bo Mierzlajew nijak nie mógł zdecydować się na dania, a Ałłoczka nic nie rozumiała z kuchni wschodniej. Ten obiad miał się dziś zakończyć podpisanym kontraktem i przejściem do długofalowej współpracy z poważną firmą. Premią i podwyżką pensji dla całego zespołu. Ale przede wszystkim nowym statusem „Regina-style”.
Przecież już wszystko wcześniej z Koreańczykami omówiliśmy, prawda?
To po co znowu potrzebna im była sala konferencyjna?
Te myśli krążyły mi po głowie, kiedy bez pośpiechu przemierzałam westybul i szłam do eskalatora ze stali i szkła. Kiedy wjeżdżałam na drugie piętro, czując w piersi niejasny niepokój – jakby ostrzeżenie przed czymś.
Podszedłszy do właściwego pomieszczenia, otworzyłam drzwi, zamierzając cicho dołączyć do swojej ekipy, żeby w odpowiednim momencie odegrać swoją rolę…
Jednak kiedy weszłam do przestronnej sali z pustymi rzędami krzeseł, zobaczyłam przy długim stole tylko Reginę, Ałłę i Arnolda. Nikogo więcej w sali nie było.
A gdzie klienci?
Cała trójka stała nienaturalnie prosto i milczała, jakby zastygła w anabiozie.
I cała trójka była bardzo blada. Dało się to odczytać nawet przez makijaż kobiet.
Nie zrozumiałam…
— Cześć — podeszłam bliżej i zatrzymałam się. Rozejrzawszy się po pustym pomieszczeniu, położyłam teczkę na stole. — A gdzie Koreańczycy? — zapytałam zdziwiona. — Jeszcze nie przyszli? Dziwne, zupełnie do nich niepodobne.
Pauza milczenia trwała, więc zaproponowałam:
— A może do nich zadzwonić? Może stało się coś poważnego? Wcześniej nigdy się nie spóźniali.
Prawo głównego głosu w tej trójce zawsze należało do Reginy, więc to ona odpowiedziała:
— Nie trzeba do nikogo dzwonić, Angelina. Byli tutaj – przed chwilą. Ale już wyszli.
— Klienci? — mrugnęłam, nic nie rozumiejąc. — Dokąd wyszli? Dlaczego?
— Jak należy rozumieć, prosto do „Imperial-KUB”, do Orłowskiego. A dlaczego, nie wyjaśnili. Widocznie dlatego, że już ich nie interesujemy.
Trybiki w głowie kręciły się bardzo powoli, jakby odmawiały zrozumienia oczywistości. Miesiąc pracy, setka godzin przygotowań i opracowywania projektu. Setki rysunków, wariantów tekstu i strategii reklamowej. Weekendy przy komputerze, bez prawa do życia prywatnego…
— Nie — pokręciłam głową, nie zgadzając się. — To niemożliwe! Musi być inny powód.
— Nie ma go.
— Ale Regino, oni przecież zgodzili się z nami pracować! Wszystko zaakceptowali i planowali podpisać kontrakt. Sama pani widziała, że wszystko im się spodobało! I nasze propozycje, i nasze pomysły. Nie wierzę, że po prostu wyszli!
— Byłaś nieprzekonująca, Angelina, i kosztowało nas to najlepszy kontrakt w życiu.
— Ja? — zdumiałam się, słysząc od Mierzlajewej nieprawdę. — Pani teraz żartuje, Regino? — nie uwierzyłam w zimną odpowiedź kobiety.
Brunetka wyglądała jak cień człowieka, ale usta miała wciąż mocno zaciśnięte i wydawały się cienkie jak szary ślad ołówka.
— Zerwał mi się kontrakt za miliony i szansa wejścia do biznesu, w którym zawiera się transakcje, jakie ci się nawet nie śniły. — Ton szefowej się podniósł i zabrzmiały w nim histeryczne nuty. — Sądzisz, że mam ochotę na żarty?!
— Kpisz sobie, Lina, czy nas nie słyszysz?! — natychmiast oburzona pisnęła Ałłoczka. — Umowa z Koreańczykami padła! A wszystko dlatego, że ktoś sprzedał informacje Orłowskiemu!
— Bzdura!
— Tak? To dlaczego dzisiaj widziano was razem? Rozmawialiście!
Postarałam się wziąć w garść. Tu coś było nie tak.
Oskarżenie dziewczyny odrzuciłam jako niewarte uwagi.
— Poczekajcie — pojednawczo uniosłam dłonie. — Wyjaśnijcie jeszcze raz, co powiedzieli wam klienci? Nie mogli przecież po prostu odmówić oferty, która jeszcze dwa dni temu całkowicie im odpowiadała. To nielogiczne!
— Naprawdę chcesz znać odpowiedź, dziewczyno z ulicy?
Ostatnie określenie Reginy zabolało, ale „przełknęłam” grubiaństwo. Na tle wiadomości wyglądało jak drobiazg.
— Oczywiście. A po co tu jesteśmy? Mało brakowało, a pokazywałabym sztuczki na prezentacji, i pani dobrze o tym wie. Jeśli człowiek może wyjść ze skóry, to ja właśnie to zrobiłam, Regino! Dla naszej agencji!
Mierzlajewa pozostawała zimna, ale zauważyłam, jak drgnęła jej ręka, kiedy wyjęła ze swojej torebki „Chanel” papierosa, zapalniczkę i zapaliła. Głęboko się zaciągnąwszy, niedbale przysunęła po stole popielniczkę.
Jej dzieci stały po obu stronach matki i milczały. Nie pozostawało mi nic innego, jak czekać na odpowiedź.
— Wszyscy cię przeceniliśmy, Angelina, a ja pierwsza — usłyszałam lodowate słowa. — Sądziłam, że wychowałam najlepszą dyrektorkę artystyczną, wyciągnęłam cię z biedy i domyślisz się, żeby mi za to odpłacić. Ale okazałaś się arogancką, niewdzięczną dziewczyną. Zwyczajną i… głupią.
— T-to znaczy? — szepnęłam, odmawiając wiary własnym uszom. Czułam, jak duszę od środka oblepia lodowata mżawka.
Źrenice Reginy przewiercały mnie na wylot.
— Byliśmy tak blisko sukcesu. „Imperial-KUB” miał dwa dni, żeby nas obejść, i zrobili to. A ty o wszystkim wiedziałaś, właśnie dlatego spóźniłaś się dziś i nie odbierałaś telefonów.
— Oczywiście, że nie! — szczerze się oburzyłam. — Co za bzdura! Po prostu źle się czułam.