Rozdział 8
Maksim
— Ty, Orłowski, jesteś najbardziej bezduszną istotą na świecie! Tego się po tobie nie spodziewałam!
Otworzyłem jedno oko, usiadłem w łóżku i opuściłem nogi na podłogę. Sięgnąwszy do nocnej szafki, wziąłem do ręki iPhone'a i spojrzałem na wyświetlacz.
Cholera, już prawie dziewiąta. Późna pobudka. Zwykle budzę się wcześniej.
Opuściwszy telefon do uda, przeciągnąłem dłonią po twarzy, odpędzając sen, i spojrzałem przed siebie.
— Dlaczego?
Drzwi do sypialni były otwarte, a w progu stała dziewczyna – w samej bieliźnie i z makijażem rozmazanym po twarzy. Wparłszy rękę w bok, oznajmiła urażona:
— Przesłyszałam się czy przed chwilą powiedziałeś: „Mam nadzieję, że jej tu nie ma”? Maksim, wszystko słyszałam!
Ziewnąłem, wstałem z łóżka i przeciągnąłem się. Podszedłszy do okna, otworzyłem żaluzje i spojrzałem na ulicę.
Przez noc chodniki na podwórzu zdążył przyprószyć śnieg, a samochody na parkingu stały do połowy ukryte pod białą narzutą. Wczoraj wróciłem późno i nie wprowadziłem auta na parking podziemny, więc teraz przede wszystkim należało dostać się do pilota i włączyć tryb zdalnego ogrzewania wnętrza.
Do wyjścia do biura przywykłem szykować się szybko, za to tracić czas na drobiazgi – nie.
— Posłuchaj, Taja — odwróciłem się od okna, wracając do łóżka i iPhone'a. Strzepnąwszy zmiętą poduszkę, rzuciłem ją na miejsce, przykrywając łóżko kołdrą. W dzień do mieszkania miała przyjść sprzątaczka, ale nie należało zapominać o prostych rzeczach. — Czy nie pora już na ciebie? Istota taka jak ja lubi spokój i samotność. I ty o tym wiesz.
— Moje sceniczne imię to Tamila Taj! Sam je wymyśliłeś i nagle zapomniałeś?
— Jeden czort. Umówiliśmy się, że ten raz będzie ostatni i rano wyjdziesz. Nie każ mi powtarzać tego, co już słyszałaś.
— Był?! Ha! Maks, żartujesz sobie?! Wczoraj mnie wystawiłeś i, swoją drogą, już drugi raz! Nie myśl, że jeśli wypiłam o jeden koktajl za dużo, to nie przypomnę sobie, gdzie zasnęłam i z kim. Sama, w twoim salonie! Kiedy tu jestem, ty po prostu odpływasz!
Otworzyłem szafę i wyjąłem czystą bieliznę, zaczynając przypominać sobie sprawy służbowe, które dziś trzeba było rozwiązać w biurze, i spotkania zaplanowane na dzień. Jak zawsze dzień zapowiadał się intensywny i niespokojny.
Zresztą odkąd ojciec przekazał mi zarządzanie „Imperium” i zespół ponad stu pracowników – o spokoju mogłem tylko śnić. Więc spać lubiłem, tak. I najlepiej w ciszy. Zwłaszcza po treningu siłowym albo korcie tenisowym, tak jak wczoraj, kiedy zmusiłem się do potu i nie patrzyłem na czas.
— Dziecinko, ja cholernie dużo pracuję. Więcej od tego tylko ty gadasz. Po prostu przypomnij sobie, że jesteś w gościach, i życie od razu stanie się lepsze. A z pretensjami nie do mnie, tylko do Żorża. Nie jestem twoim sponsorem.
— Ale chciałam się wygadać! A ty rozumiesz mnie najlepiej ze wszystkich!
Spojrzałem na swoją gościnię i uniosłem brwi, zamykając szafę.
— O wpół do dwunastej w nocy?
— No i co?
— Taja! — warknąłem nisko. Cudza obecność zaczynała mnie doprowadzać do szału. — Po prostu zniknij, zanim zajmę się twoim wychowaniem! Jakie, do diabła, „no i co” w wieku dwudziestu trzech lat?! Zamierzasz dorosnąć? W co my wkładamy pieniądze?
Odszedłszy od szafy, gwałtownie ściągnąłem z oparcia krzesła domowy szlafrok i zarzuciłem go na ramię, zamierzając iść pod prysznic. Teraz dziewczyna stała już mniej pewnie, ale od framugi się nie odkleiła.
— Wszystkie gwiazdy show-biznesu mają nocny grafik. Ja dopiero budzę się o czwartej. I tak, chciałam porozmawiać. Nagranie w studiu poszło koszmarnie. Wszystko zawaliliśmy!
— To od tego należało zacząć, a nie od historii, jak twój basista zwymiotował na drogi syntezator i wpakowaliście się w koszty. Chociaż to też nie moje problemy, tylko twojego producenta. Z nim mam własną umowę.
Doskonale to wiedziała, ale przyszła po coś innego.
— Orłowski, jesteś nie tylko bezduszną istotą, ale jeszcze ślepą. Każdy facet w tym mieście oddałby pół życia, żeby dotknąć Tamily! A ty stoisz i patrzysz na mnie jak na ścianę. Chociaż stoję przed tobą prawie naga! No proszę… — Szybko rozpięła biustonosz, zdjęła go z siebie i zarzuciła mi na drugie ramię. — Już nie prawie! Swoją drogą, jak ci się podoba mój nowy biust? — szeroko się uśmiechnęła, obracając się. — Już ostatnim razem chciałam pokazać.
Niechętnie opuściłem wzrok i zaraz go podniosłem.
— Wolałbym tego nie widzieć. Byłem przeciwny tak radykalnym zmianom, ale ty i Żorż wiecie lepiej.
— Co ty rozumiesz, Orłowski! On lepi ze mnie Galateę!
— Raczej śniegową babę. Nie zaszkodziłoby ci się umyć, gwiazdo, i przepłukać gardło. I, cholera, co zrobiłaś ze swoimi ustami?
— Spadaj!
Zrzuciłem stanik w ręce dziewczyny i ruszyłem do łazienki, przeklinając własną dobroć. Już trzeci raz łapię się na sztuczki tej „wschodzącej gwiazdy pop”, kiedy nocą zjawia się pijana i oznajmia, że ścigają ją fani i nie ma dokąd iść.
— Maks, stój! — za plecami zabrzmiało kapryśnie. — No, Maksik!
— Serdiuk, oddaj klucze do mieszkania, które zwędziłaś ostatnim razem, i zmykaj. I podziękuj, że wpuściłem cię do domu, a nie zostawiłem na ulicy.
— Ma-aks!
— Jeśli chcesz się pieprzyć, idź do Żorża, a ja już wyrosłem z wieku, kiedy budziłem się w łóżku z nową dziewczyną i nie pamiętałem jej imienia.
— Ale moje pamiętasz! Nawet nazwisko, którego nie znoszę!
— Jeszcze by nie. Twój kochanek jest moim klientem. I pamiętajmy o tym.
— Żebyś wiedział, Orłowski, uwielbiam Żorżyka i na nikogo go nie zamienię! A on uwielbia mnie!
— Świetnie. Możesz wezwać taksówkę i umyć się w kuchni. Za kwadrans jadę do biura.
— Ale Żorżyk ma sześćdziesiąt dwa lata i rodzinę. Poza tym bez tabletki mu nie staje. A ja potrzebuję seksu, muszę inspirować się pięknym mężczyzną i tajnym romansem!
— Sama to wymyśliłaś? — zatrzymałem się na progu łazienki, zdjąłem szlafrok z ramienia i odwróciłem się do dziewczyny, zamierzając zamknąć drzwi. — A ja co mam z tym wspólnego?
Niebieskie oczy szeroko się otworzyły i obejrzano mnie głodnym spojrzeniem.
— Maks, widziałeś się w lustrze? Jesteś zajebisty! A poza tym nikomu o nas nie powiesz i Żorżyk ci ufa!
— No, Maksik — najpierw do moich ramion przykleiła się dziewczyna, zawisając mi na szyi, a potem i bardzo imponujący biust, podobny do kul, otarł się o mój. Słodki głosik, który od roku pieścił słuch tysięcy melomanów, wyszeptał: — Naprawdę ani trochę ci się nie podobam? Ani troszeczkę?!
Szczerze mówiąc, chciało mi się seksu. Takiego, żeby nakrył z głową i nie puścił. Żeby nie wychodzić z łóżka i kończyć od wzajemnego dotyku. I… cholera, żeby było o czym rozmawiać przy okazji, a nie tylko gapić się w sufit.
Ale nie z nią.
Odkąd zrozumiałem, z kim chciałbym – stałem się skrajnie wybredny i nieżyczliwy, marząc, żeby pewnego dnia Arnold Mierzlajew ze swoją rodzinką wyniósł się z „Galaktyki” do wszystkich diabłów!
Odsunąłem od siebie dziewczynę i wystawiłem ją za próg łazienki.
— Ochłoń, słonko. A najlepiej ubierz się i wypij kawę, póki jest czas. Ze mną nic ci nie zaświeci.
— Ale dlaczego?
— Bo mnie też nie staje, kiedy myślę o twoim Żorżyku i naszym z nim wielkim kontrakcie. Sorry, dziecinko! Biznes i nic osobistego.