Rozdział 8
— Wystarcza. Ale mój ojciec jest pewien, że stanowisko osobistej sekretarki jest ważniejsze. To jak rękawiczka z koźlej skóry szyta na zamówienie – musi leżeć idealnie i zawsze być pod ręką.
— Jakiś zawodowy anachronizm!
— Najpewniej. Dlatego nie jest pewne, że w ogóle pojawi się u mnie sekretarka. To jednak zachcianka dyrektora generalnego i powinienem szanować jego życzenia. Zresztą tak samo jak ty, Kira. Skoro tu pracujesz…
Krapiwina pracowała, i to bardzo pilnie, jak zapewne sama uważała. Znaliśmy się od ósmego roku życia, ale nigdy się nie przyjaźniliśmy. Relacje nie układały nam się też teraz. Co prawda nie byłem pewien, czy ona jest tego samego zdania.
— Tak dziwnie podchodzisz do tego, że ojciec tobą pomiata, Maksim. Czy nie prościej powiedzieć, że jesteś przeciw? Mamy świetny, zgrany zespół!
Położyłem służbową teczkę na stole i odwróciłem się do dziewczyny. Dzień dopiero się zaczął, a moja cierpliwość już nie trzeszczała, tylko pękała w szwach. Tylko Krapiwiny brakowało mi w móżdżku!
Ale byłem w pracy, więc zmusiłem się, żeby odpowiedzieć sucho:
— Kira, kocham swojego ojca i to wszystko, co powinnaś wiedzieć. Idź do sali narad i powiedz Kopiejce, że będę za dziesięć minut. Szybko! I niech zawoła Mindżiego, on pisał wymagania do wakatu. Powiedz mu, że może zająć moje miejsce przy stole. Idź!
Kiedy sam szedłem do sali narad, byłem pewien, że rozmowa kwalifikacyjna skończy się niczym. Ustępowaliśmy z ojcem sobie nawzajem w pewnych zachciankach, więc byłem gotów być obecny, ale nie iść na pasku, to różne rzeczy.
I miałem rację. Minęła ponad godzina, a ja już nie słuchałem kandydatek, zmęczony ich zachwyconym i absolutnie identycznym szczebiotem, woląc myśleć o nadchodzącym spotkaniu z właścicielem lokalnego kanału telewizyjnego, u którego kupowaliśmy czas antenowy.
Spojrzałem na zegarek i dałem sobie jeszcze dziesięć minut, po czym zamierzałem zakończyć to przedstawienie, spodoba się to Bogdanowi Andriejewiczowi czy nie. Do tego strasznie chciało mi się kawy, której rano tak i nie wypiłem.
Żadnych nowych twarzy w moim sekretariacie, postanowione! Żadnych pytań, zagubionych uśmiechów i stutysięcznego „Maksim Bogdanowicz”. Im ciszej tam będzie, tym spokojniej i produktywniej będę mógł pracować. Dość mam Krapiwiny, czwarty miesiąc ją znoszę…
Ale moje myśli o dziennych planach natychmiast wyparowały, gdy tylko drzwi sali otworzyły się i weszła ona… ruda burza loków na głowie zadartej z oburzeniem. A potem stanęła przed nami sama nieznajoma w malinowych podkolanówkach, zielonym krawacie i butach, którymi świetnie rozgniata się żołędzie w parku.
— Dzień dob-ry!