SOVABOO

Zabójcza sekretarka!

Ch. 9: Rozdział 9

Rozdział 9

Chapter 9/10 · Page 1 of 380%

To było pierwsze, co uświadomiłem sobie z jej oburzonej tyrady. Zresztą tak jak wszyscy pozostali, nie rozumiejąc, skąd wzięła się ta bijąca po oczach indywidualność?

A potem zaczęła mówić i nuda ustąpiła, a uwaga przełączyła się na to, co się działo.

Nieznajoma miała przyjemny głos, poprawną mowę, utykanie i odwagę graniczącą z bezczelnością.

Dla swojego pojawienia się w sercu „Imperium” wybrała oryginalne podejście i zauważyłem, że generalny je docenił.

Wszyscy w sali nadal gapili się na „cud”-dziewczynę w niedorzecznym stroju, nie pozbawionym pewnego szyku, kiedy kłóciła się z Krapiwiną i Kopiejką, umiejętnie ustawiając oboje do pionu. I jeśli w pierwszej minucie jej pojawienia się w sali narad zauważyłem rude loki i utykanie, to w piątej już zapomniałem o tym ostatnim, słuchając jej odpowiedzi mojemu ojcu…

Ciekawą jednak protegowaną ma San Sanycz. Trzeba będzie zapytać Bossa, kim jest ten człowiek. Mój ojciec miał wielu wpływowych znajomych, ale takiego wśród nich nie pamiętałem.

Serio? Ona jest Gielotyną? Naprawdę?!

Stałem przy oknie i trzymałem ręce skrzyżowane na piersi, ale teraz opadły. Dobrze, że nie razem ze szczęką, jak u połowy obecnych. Są jednak na świecie oryginalni rodzice!

Tymczasem pewność siebie tej osoby wykraczała poza skalę i wyraźnie umiała przyjąć cios. Odkrył się dobry angielski i wymowa. Ostry umysł, szybkość reakcji, brak nabożnego respektu i chęci przypodobania się.

Ale najważniejsze było to, że ze wszystkich kandydatek na stanowisko mojej sekretarki wyglądało na to, iż ona jedna była gotowa przejść rozmowę z nachyleniem na specyfikę agencji i… właściwie przechodziła ją celująco.

Ojciec spojrzał na mnie i uniósł brew. Dobrze, zgoda, hobby i znaczki – to było mocne. Teraz wie, że nie tylko jego syn w okresie dojrzewania cierpiał na podobne głupoty. Ta ruda kulawa mogła każdemu wydawać się wyskoczką, ale ja wiedziałem, jak zachowuje się człowiek, którego drażni głupota.

Ją wyraźnie drażniła u moich młodszych dyrektorów.

I ja jej się nie podobałem. Nie kłamała. Takiego spojrzenia się nie zagra.

Świetnie. A może… naprawdę potrzebuję sekretarki? Poza tym zawsze będę mógł ją zwolnić. Prawda?..

Słuchałem dalej.

…I nie trzeba będzie tracić czasu, żeby wprowadzić ją w sprawy. Zdaje się, że lepiej niż wielu rozumie, co robić za biurkiem w moim sekretariacie. Na pewno lepiej ode mnie!

Zdecydowanie wleciała do nas ciekawa osobowość i nagle zachciało mi się obejrzeć ją lepiej. Odepchnąłem się od okna i podszedłem bliżej…

Przez sekundę, kiedy nasze oczy się spotkały, wydało mi się w niej coś znajomego. Ale wrażenie natychmiast zniknęło, gdy tylko zmrużyła wzrok i poprawiła okrągłe okulary. Lekko odbiwszy ping-pong błyskawicznego przesłuchania, dała jasno do zrozumienia, że odtąd nie należy interesować się jej spódnicą.

Cóż, celnie. To mi pasowało i ostatecznie postanowiłem dać jej szansę!

 

— To jest mój sekretariat, a to – gabinet. Proszę wejść, Gielotyno, i zamknąć za sobą drzwi. W naszych z panią relacjach zawodowych nalegam na pewien rodzaj prywatności.

Wszedłem do gabinetu i odwróciłem się, zatrzymując przed szerokim stołem, przy którym pracowałem.

Dziewczyna posłusznie weszła za mną i zamknęła drzwi. Za to w sprawie imienia zauważyła z naciskiem:

— Lepiej Giela, Maksimie Bogdanowiczu. Wyłącznie dla ułatwienia naszej komunikacji.

— Dlaczego? Nie podoba się pani własne imię?

— Podoba. Ale dla pańskiego spokoju, proszę mi wierzyć, lepiej nie przywoływać mnie pełnym imieniem na własną głowę.

Trudno było się z tym spierać, więc zapytałem – w celu uzupełnienia informacji w głowie.

— Skoro pani dokumenty są na etapie poszukiwań przez policję, czy mogę poznać pani patronimik, Giela? Z jakiegoś powodu wydaje mi się, że on też nie jest banalny.

Dziewczyna zacięła się, ale odpowiedziała:

— Eee, jestem Gielotyną Ludwikowną. Wietrzyk.

— Efektownie! — prychnąłem, nie powstrzymawszy się. — Pani rodzice przypadkiem nie są historykami?

Pełne malinowe usta surowo się zacisnęły.

— Przepraszam, Maksimie Bogdanowiczu, nie widzę w tym nic śmiesznego. I – nie!

Musiałem kaszlnąć w pięść, żeby wyglądać poważniej.

— K-khm, ma pani rację, Giela. Przejdźmy do rzeczy. Mam nadzieję, że wie pani, iż biorę panią na okres próbny? Wszystko zgodnie z umową o pracę. Zaczynamy od dziś, ale ostateczną decyzję w pani sprawie podejmę dopiero za dwa miesiące.

Wietrzyk sucho kiwnęła głową.

— Oczywiście, że wiem. Nie wykluczam, że to pan mi nie podejdzie, i wtedy rozstaniemy się dużo wcześniej!

Najpierw starałem się nie ryczeć ze śmiechu, kiedy usłyszałem nowy patronimik Krapiwiny. Potem nie uśmiechać się, kiedy poznałem patronimik swojej sekretarki. A teraz próbowałem nie wyglądać jak idiota. Ale brwi i tak uniosły mi się ze zdumienia.

— Nawet tak?

Workowata szara marynarka dobrze ukrywała, jakiej budowy jest dziewczyna. Ale wyraźnie nie była pulchna. Wzrost trochę powyżej średniego, ruda, na nogi nie patrzyłem, żeby nie krępować jej z powodu chodu. Za to domyśliłem się, że pod tęczą makijażu kryje się całkiem miła buzia. Pewnie zbyt mdła, skoro postanowiła ją tak jaskrawo pomalować.

Ha! Jak Bóg papugę, kiedy zobaczył kakadu gołe!

A pachniała przyjemnie – zdecydowanie na plus.

— Maksimie Bogdanowiczu, miesiąc! I jeśli panu nie pasuję – żegnamy się w dowolnym z następnych dni. Ale przez miesiąc pracuję bez zwolnienia, cokolwiek się stanie, albo odchodzę teraz. Proszę decydować!

— Dlaczego taki termin?

— Jestem pewna, że do jego końca zdążę wyrobić sobie o panu osobiste i bezstronne zdanie.

— To znaczy… pani o mnie? — moje brwi uniosły się jeszcze wyżej. — A nie odwrotnie?

— No, siebie dobrze znam, logiczne? — Wietrzyk nie mrugnęła okiem. — Czego nie mogę powiedzieć o panu. A jeśli jest pan tylko z wyglądu poważnym młodym człowiekiem, a kopnąć głębiej — celnie obejrzała mnie od czubków butów po nos — okaże się mściwym despotą? Albo gorzej – rozpieszczonym synkiem tatusia? Z rozdętym ego i malutkim pe… zresztą nieważne, czym.

— Nie, ważne! Zwłaszcza ostatnie. Co chciała pani u mnie zmierzyć?

Moje dzikie spojrzenie, a właśnie tak teraz patrzyłem na Wietrzyk, wytrzymała bez drgnięcia. Powiedziała równo, jakby ucięła:

— Wyłącznie „pe”-rsonalne dossier zasług! Innymi słowy, pańską zgodność z zajmowanym stanowiskiem. Widzi pan, Maksimie Bogdanowiczu, San Sanycz wyjaśnił mi, czyim jest pan synem. Więc myślę, że miesiąc to termin, który zadowoli nas oboje!

Niewiarygodne! Pierwszy raz w życiu zatrudniam człowieka, który stawia mi warunki. I diabli wiedzą, dlaczego go zatrudniam!

— Zgadzam się.

Staliśmy i przewiercaliśmy się wzrokiem w pełnej ciszy mojego gabinetu. Zdecydowanie jako szef powinienem wydać sekretarce polecenie, ale jakie – nie potrafiłem wymyślić. Zbyt szybko zmieniła się w sali moja decyzja.

Przeciągnąłem dłonią po włosach i… wsunąłem ręce do kieszeni. Zły albo na siebie, albo na tę rudą dziewczynę.

— Cóż, Giela, skoro jest pani teraz moją sekretarką…

— Słucham pana, Maksimie Bogdanowiczu?

— …zaczniemy chyba dzień pracy…

— Od kawy! — niespodziewanie uśmiechnęła się Wietrzyk. Rozciągnąwszy jaskrawo malinowe usta, wycofała się, kulejąc. — Proszę mi wierzyć, tak będzie najlepiej! A pole zadań zarysuje mi pan po… obiedzie!

Zdaje się, że zdążyłem kilka razy mrugnąć, zanim do mnie dotarło.

— Po obiedzie?

Chapter 9 / 10 · Page 1 of 3