SOVABOO

Niespodzianka dla profesora

Ch. 1: 1. Profesor

1. Profesor

Peatükk 1/380%

— Hej, tato, to ja!

— No proszę, kino, a ja bez popcornu — rzuciłem z krzywym uśmiechem, bo wszystkie słowa cisnące mi się na usta zdecydowanie nie nadawały się dla dziecięcych uszu.

A na progu mojego mieszkania stało to samo dziecko, a właściwie smarkula na oko dziesięcioletnia, w kraciastej koszuli, podartych dżinsach i z dwiema kitkami na czubku głowy. Ta sama dziewczynka przestępowała z nogi na nogę, patrzyła na mnie niebieskimi oczkami, radośnie się uśmiechając, i czekała…

Pewnie, kiedy już dojdę do siebie, podniosę szczękę z podłogi i wpuszczę ją do mieszkania.

Ale ja nie tylko nie mogłem się poruszyć — nie byłem nawet w stanie nic powiedzieć poza wiązanką przekleństw, których cenzura by nie przepuściła. Dziwne, że w ogóle potrafiłem myśleć.

Z wyraźnym zgrzytem poruszały się trybiki w moim mózgu, próbując obliczyć, gdzie i kiedy zdążyłem się tak wpakować. Jedno trzeba mu przyznać: mój przesiąknięty formułami mózg potrafił znakomicie analizować. Ale teraz najwyraźniej zawiódł, nie znajdując ani jednego pierwiastka zadanego równania.

Poza jednym — dzisiaj w kalendarzu był pierwszy kwietnia, ulubiony czas studenckich żartownisiów. Najwyraźniej dopadli i mnie…

Wypracowany przez lata praktyki sposób myślenia zawiesił się, a wraz z nim ja. Wypadłem z rzeczywistości, która nagle zmieniła się w dziki surrealizm rodem z obrazów Van Gogha. Bo po kilku sekundach tej osobliwej wymiany spojrzeń dziewczynka nagle przemknęła pod moim ramieniem i znieruchomiała, wpatrując się teraz w moją gościnię, o której szczęśliwie zapomniałem.

Olenka Rimska, moja doktorantka — jedna z wielu dziewczyn z instytutu — marzyła, by jeśli nie zostać profesorką, to przynajmniej uszczknąć sobie kawałek mnie.

— Ups — odezwało się dziecko, obrzucając Olenkę oceniającym spojrzeniem, po czym dorzuciło: — Tatusiu, sprowadziłeś nową sprzątaczkę? A co z ciocią Zoją?

I spojrzała na mnie tak niewinnie swoimi anielskimi oczkami…

Stop! Czy ja właśnie powiedziałem: anielskimi?

Nieważne. Małe diablę o twarzy cherubina, przebrane za bezczelną dziewczynkę, która niczego się nie boi.

Gdzie jej rodzice mają oczy, skoro pozwalają jej włóczyć się po mieszkaniach obcych facetów?

Cholera, o mało nie zapomniałem — według jasnowłosego Diablątka nie jestem przecież całkiem obcy. Ale nie byłem w stanie jej uwierzyć. Ani trochę. Miałem ochotę porządnie przetrzepać skórę dowcipnisiom.

Choć absurd, który groził przerodzeniem się w wielkie przedstawienie, z każdą minutą podobał mi się coraz bardziej. Czysty test przydatności zawodowej.

Nie sądziłem, że coś takiego może się wydarzyć poza telenowelą, ale oglądało się to… ciekawie. Jak na nowe zadanie, kiedy widzisz jego treść, a w głowie dopiero zaczynają układać się logiczne zależności, a liczby przeobrażają się w jedyne właściwe rozwiązanie.

Życie, tak jak matematyka, co rusz podsuwa wymyślne zadania, a dzięki temu… ciekawiej się żyje.

Tak jak dzisiaj.

Nic nie zapowiadało takiego przedstawienia. Najpierw jednak na progu mojej kawalerskiej nory pojawiła się Olenka, która pilnie potrzebowała omówić temat swojej przyszłej pracy doktorskiej.

I skąd w ogóle wzięła adres? Czyżby zajrzała do akt osobowych?

Trzeba będzie sprawdzić, kto ma dostęp do akt osobowych wykładowców naszej uczelni, bo jeszcze chwila i pod moimi drzwiami ustawi się kolejka dowcipnisiów oraz chętnych na moje ciało. Choćby Olenka, która z okazji rozmowy o doktoracie wbiła się w nieprzyzwoicie krótką sukienkę z głębokim dekoltem, pod którą z całą pewnością nie miała na sobie nic.

A potem pojawiło się diablątko we własnej osobie. Swoją drogą, w samą porę. Olenka właśnie przeszła do ataku, a przy jej nieprzeciętnych talentach aż strach pomyśleć, do czego by doszło, gdyby ktoś nie zadzwonił do drzwi.

Poszedłem otworzyć, a tam… diablę, które po mistrzowsku zgrywało aniołka.

— Tosza! — W głosie Olenki brzmiały łzy, a ja chyba zbyt głęboko pogrążyłem się we własnych myślach, skoro przegapiłem moment i pozwoliłem dziewczynie tak mnie nazwać.

— Platon Danyłowicz, jeśli już mamy być precyzyjni, Rimska. Nie piliśmy przecież bruderszaftu.

Za to natychmiast obudziła we mnie profesora.

— Ups — powtórzyło diablę w postaci jasnowłosej dziewczynki — nie sprzątaczka, tak?

Pokręciłem głową. Diablę jednak się nie obraziło.

— Przepraszam — przeciągnęła ceremonialnie — Barbara Platonówna Mądra, córka…

— Czyja? — zdziwiła się Olenka, z jakiegoś powodu patrząc na mnie.

— Moja — powiedziałem i sam sobie nie uwierzyłem.

No a co? Podtrzymajmy „udany” studencki żart.

Barbara chyba też podchwyciła żart, ale nic po sobie nie pokazała. Puściła do mnie oko, zdjęła trampki, nadeptując na pięty, i raźno ruszyła w stronę kuchni, doskonale wiedząc, gdzie się znajduje.

Coraz ciekawiej.

Krąg podejrzanych, którym należało przetrzepać skórę, zawężał się — mało kto bywał w moim mieszkaniu.

— A dlaczego Mądra? — zapytała znowu Olenka.

No, przynajmniej tym razem jej mózg pracował właściwym torem, choć w dzisiejszym, niemal śpiączkowym stanie działał jeszcze gorzej niż mój.

— Bo jest bardzo mądra — dobiegł z kuchni dziewczęcy głos. — Cała w tatusia…

— Bo, Rimska — uśmiechnąłem się, z trudem powstrzymując śmiech — to panią zupełnie nie dotyczy — i dla większej wiarygodności przybrałem minę zimną jak arktyczny lód. Włączyłem profesora na pełne obroty. — Przykro mi, ale temat pani pracy doktorskiej nie ma nic wspólnego z moją specjalizacją. W związku z tym muszę odmówić pani konsultacji. Nie będę pani zatrzymywał.

I nawet skinąłem w stronę wciąż otwartych drzwi, które musiałem podtrzymywać własnymi plecami.

— Ale…

— Nie spóźni się pani na wykład? Zdaje się, że za pół godziny ma pani sprawdzian u rektora…

Olenka nie próbowała już nic powiedzieć. Opuściła tylko moje skromne lokum z urażoną, ale dumną miną.

Ale Olenka mało mnie teraz obchodziła. O wiele bardziej interesowała mnie bezczelna dziewczyna, która z zadowoleniem pałaszowała w mojej kuchni pokaźnych rozmiarów kanapkę. I oczywiście ci, którzy ją tutaj przysłali.

— Kim jesteś? — zapytałem, zastygając w przejściu i krzyżując ręce na piersi.

— Pamięć ci odjęło, czy co? — W zamyśleniu podrapała się po czubku piegowatego nosa, wzruszyła ramionkiem i wyrecytowała: — Barbara Platonówna Mądra, córka…

— Czyja?

— Twoja, sam powiedziałeś — i z zachwytem wgryzła się w kanapkę wielkości pół bochenka.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jeden szczegół: doskonale wiedziałem — dzieci nie miałem, nie mam i nie mogło ich być. Chyba że…

— To zrobimy test DNA i sprawdzimy.

Basia prychnęła, całą sobą mówiąc: skoro ci trzeba, to bierz i rób. Ona miała ważniejsze sprawy niż te wszystkie dorosłe głupoty. Na przykład pałaszowanie kanapki z serem, kiełbasą i świeżymi ogórkami, która znikała w jej ustach w zawrotnym tempie.

Odważnie.

— Mama nie będzie się martwić? — Usiadłem naprzeciwko Basi i odchyliłem się na oparcie krzesła, uważnie obserwując reakcję dziewczyny.

— Nie mam mamy, jestem z domu dziecka — wymamrotała dziewczynka z pełnymi ustami.

Aż tak?

Poprawiłem okulary i krótko się uśmiechnąłem. Dobrze, klauni-geniusze, zobaczymy, kto kogo.

— No cóż, Barbaro Mądra, mam dla ciebie propozycję biznesową…

Peatükk 1 / 38