SOVABOO

Niespodzianka dla profesora

Ch. 2: 2. Artystka

2. Artystka

Peatükk 2/38 · Lehekülg 1/23%

— Cholera! — klęłam, skacząc na jednej nodze i jednocześnie próbując wsunąć drugą nogę w nogawkę.

Zegar bezczelnie pokazywał, że katastrofalnie spóźniałam się na pierwszy wykład. A pierwsza była metodyka nauczania matematyki, którą prowadził tyran i uzurpator Halicki, zwany też Księciem, a na domiar złego — opiekun naszej grupy.

Spóźnić się do Księcia oznaczało przypiąć sobie łatkę matematycznej encyklopedii na co najmniej tydzień. W najgorszym razie — do końca studiów. Być encyklopedią znaczyło tyle co zostać kozłem ofiarnym.

„Encyklopedia” jako pierwsza zdawała zaliczenia, podawała wszelkie definicje, jakich tylko profesor zażądał na wykładzie, i musiała być gotowa na wszystko — nawet na to, że nowy materiał będzie musiała wyłożyć właśnie temu, kto zawinił.

Mieliśmy kiedyś chłopaka, który wiecznie spóźniał się na pierwsze zajęcia. A Książę zwykle przychodził jako pierwszy, bo uwielbiał znęcać się nad studentami. Trzy tygodnie po pierwszym spóźnieniu chłopak został wyrzucony z uczelni. Byliśmy pewni, że Książę maczał w tym palce. Bo, widzicie, szanował punktualność i dyscyplinę.

— Powinien wykładać w akademii wojskowej — szeptały dziewczyny, gdy Książę po raz kolejny musztrował nasze szare komórki.

— Najwyższy czas obudzić wasze mózgi, panowie, przyszli nauczyciele! — mawiał za każdym razem, gdy wymyślał nowy, wyrafinowany sposób dręczenia biednych studentów.

W zeszłym tygodniu urządził nam błyskawiczny sprawdzian. Sto pytań i tyle czasu, ile paliła się zapałka kominkowa. Kiedy się dopaliła, wszyscy jak na komendę wstali z miejsc. I tak staliśmy z arkuszami odpowiedzi, dopóki nie zebrał ich wszystkich.

Nienawidził go cały rocznik, choć trafiały się wariatki, które układały plany uwiedzenia podstępnego profesora, uznając, że jest zły tylko dlatego, że nie ma kobiety. Chłopcy urządzali nawet wybory kandydatek. Biedni chłopcy, którym przyszło studiować w grupie, gdzie dziewczyny stanowiły dziewięćdziesiąt procent. Mieli w kim wybierać, więc czuli się niemal jak królowie wśród kwiatów. Dziewczyny opowiadały, że w akademiku co miesiąc huczało od wyborów nowej kandydatki do uwiedzenia profesora.

Tyrana i uzurpatora, do którego nie wolno było się spóźniać.

A ja właśnie spóźniałam się katastrofalnie. Wpadłam do kuchni, po drodze związując włosy w kucyk na karku. Na barowej ladzie parowała filiżanka aromatycznej kawy, a gorący croissant pachniał obłędnie. Troskliwie zostawił je właściciel mieszkania, mój przyjaciel i jednocześnie szef — sądząc po odgłosach z łazienki, właśnie brał prysznic.

— Dzięki, Romku — uśmiechnęłam się, odgryzając kawałek chrupiącego croissanta, który dosłownie rozpływał się w ustach.

Pociągnęłam łyk kawy, omal się nie parząc, po czym chwyciłam plecak ze stołka barowego i wypadłam z mieszkania.

Kiedy do przystanku autobusowego zostało już tylko parę kroków, zadzwonił telefon, a ja musiałam przyspieszyć. Mój autobus właśnie otworzył drzwi, a różnobarwny tłum pasażerów jak na gwizdek rzucił się do jego pustego wnętrza.

— No, kochanie, poczekaj! — błagałam, przeskakując kałuże i prosząc kierowcę, żeby zaczekał choć chwilę. — No poczekajże, cholero! — wrzasnęłam, płosząc gołębie grzebiące pod nogami. Silnik autobusu zacharczał z wysiłkiem, z rury wypluła się czarna chmura, a przez ledwie uchylone drzwi próbował się przecisnąć zgarbiony mężczyzna z turystycznym plecakiem. — Panie! — krzyknęłam z całych sił. — Panie! Przytrzyma… pan drzwi! Na mój krzyk odwróciła się połowa przystanku, ale mężczyzna zignorował moją prośbę i zniknął w „brzuchu” autobusu. Drzwi powoli się za nim zamknęły, a autobus odjechał beze mnie. — Ech, panie… — westchnęłam, opadając na ławkę przystanku. — Co za niesprawiedliwość…

Telefon był już na etapie: nie odbierzesz, to wyskoczę z kieszeni.

— Halo! — syknęłam do telefonu, nawet nie patrząc na wyświetlacz, bo nie mogłam już czekać na następny autobus, a do metra miałam jeszcze dwie przecznice piechotą.

— Jaskółko, dokąd to poleciałaś, głodomorko? — zachrypnięty męski głos w słuchawce zabrzmiał przeciągle i z wyrzutem, jakby karcił mnie, uparciuchę, za to, że znowu przespałam śniadanie.

— Spóźniam się, Romku — wydyszałam, podnosząc się i ruszając w stronę metra.

Dzięki regularnym treningom — nawet się nie zasapałam. Przebiegnięcie jeszcze kilometra niczym dzika gazela nie byłoby problemem, gdyby nie cholerne kałuże pod nogami.

— Podwiózłbym cię — mruknął z urazą.

Westchnęłam. Znowu swoje. Tłumaczyłam mu chyba ze sto razy, że za nic w świecie nie zgodzę się jechać z nim. Wystarczyłoby, żebym raz pokazała się pod uniwerkiem w jego wypasionej furze — i stałabym się tematem numer jeden plotek. Oczywiście miałam gdzieś zdanie innych, ale osobiście wolałam pozostawać szarą, niepozorną myszką.

— Nic nie szkodzi, dobrze mi to zrobi. Ledwo wcisnęłam się dziś w dżinsy, a wszystko przez twoje poranne croissanty. Jeszcze zmienię się w hipopotamicę, a ty wyrzucisz mnie z pracy. Więc, Romku, niech to, co nas łączy, pozostanie wyłącznie między nami, dobrze?

— A nas coś łączy? — ożywił się Roman.

W słuchawce coś zaszeleściło i trzasnęło. Jasne, znowu palił. Kolejna klapa w miłosnym życiu mojego przyjaciela-donżuana.

— Kawa, czekolada i papieros — prychnęłam, skręcając za róg obdrapanego pięciopiętrowego bloku.

Uznałam, że retoryczne pytanie szefa pozostawię bez odpowiedzi. Tym bardziej że takie dialogi dawno stały się codziennością.

Nad głową zagrzmiało i na moment cała okolica rozbłysła w blasku błyskawicy.

— Wiesz, Jaskółko, nie ma nikogo lepszego od ciebie — odpowiedział Romek, podchwytując mój ton. — Nawet gdybyś zmieniła się w hipopotamicę. W bardzo mokrą hipopotamicę, która jak zwykle zapomniała parasola — roześmiał się dokładnie w tej samej chwili, gdy spadła na mnie pierwsza wiosenna ulewa.

Nic nie odpowiedziałam, wrzuciłam telefon do kieszeni i ile sił w nogach pobiegłam ku upragnionej czerwonej literze „M”, majaczącej przede mną.

Do wagonu wpadłam kompletnie przemoczona. No, właściwie nie wpadłam — porwał mnie żywy nurt mężczyzn, kobiet i dzieci. Porwał — i wcisnął w czyjeś mocne, zdecydowanie męskie ciało. Nosem uderzyłam w szerokie ramię owinięte miękką tkaniną pachnącą mroźnym porankiem w iglastym lesie.

Tak znajomy, aż do bólu, zapach, którego tajemnicę próbowało rozwikłać wiele dziewczyn z naszego uniwersytetu — i nie tylko studentki. Tak doskonale pasujący do właściciela.

Powoli uniosłam głowę i napotkałam przenikliwe, niebieskie spojrzenie, od którego po kręgosłupie przebiegły mi ciarki, kreśląc na skórze dziwaczny lodowy wzór.

Stał przede mną sam Książę. No, właściwie nie przede mną… raczej obok, bardzo blisko. Tak blisko, że samo oddychanie okazało się niemal wyczynem.

Spróbowałam się odsunąć, ale silna ręka tylko mocniej przycisnęła mnie do potężnego ciała profesora.

— Yyy… dzień dobry… Platonie… — wydyszałam, czując się jak w potrzasku.

— Danyłowicz — podpowiedział usłużnie Książę Halicki, parząc mi ucho gorącym oddechem. — I proszę przestać drżeć jak wróbelek, Jaskółko, nie zjem pani.

— Ja nie… To znaczy, ja…

Cholera. Naprawdę drżałam i nie wiadomo było, czy dlatego, że przemokłam do suchej nitki, czy z powodu bliskości gorącego, profesorskiego ciała.

Tyle że ta bliskość niespodziewanie rozbudziła każdą komórkę mojego mokrego ciała.

Peatükk 2 / 38 · Lehekülg 1/2