SOVABOO

Niespodzianka dla profesora

Ch. 3: 3. Profesor

3. Profesor

Peatükk 3/38 · Lehekülg 1/25%

Ta dziewczyna irytowała mnie od pierwszego spotkania, kiedy wylała kawę na mojego laptopa, jednym ruchem niszcząc pracę kilku miesięcy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że zostanę opiekunem grupy, w której to nieporozumienie było starościną i niemal codziennie będzie, jak powiedziałaby Basia, wyczyniać przede mną kolejne cuda. I że jako kompletny wariat będę przed nią umykał, bo każde spotkanie z nią kończyło się Armagedonem: przez ostatni rok całkowicie zmieniłem garderobę, której nie dało się już ani oddać do pralni chemicznej, ani naprawić u krawcowej, a nawet fryzurę, bo gumę do żucia można wyciągnąć z włosów tylko w jeden sposób — ścinając je radykalnie.

Mimowolnie przesuwam wolną dłonią po wyraźnie odrośniętych włosach, wspominając, jak przez całe lato chodziłem z krótkim jeżykiem, wzbudzając szalony zachwyt znajomych panienek i drwiny najlepszego przyjaciela.

I podejrzewałem, że ten numer z gumą do żucia wcale nie zdarzył się przypadkiem, podobnie jak cała reszta. Zresztą nigdy nie wierzyłem w przypadki, tylko w nagie fakty. A plan był prosty — Jaskółka stała się idealnym narzędziem, dzięki któremu studenci mogli wreszcie trollować despotycznego wykładowcę, bo dotąd za nic nie potrafili się do mnie dobrać.

Nie człowiek, tylko chodząca katastrofa, choć prymuska.

W kilka minut zdołała postawić na głowie nie tylko wagon metra i siatkę z zakupami blondynki, która obdarzyła mnie kokieteryjnym spojrzeniem, ale również mój sfatygowany przez ostatnie parę dni mięsień sercowy.

Już nie wspominając o innym, nie mniej strategicznie ważnym mięśniu, który natychmiast ożył, gdy ta Jaskółka zderzyła się ze mną całym swoim mokrym i niespodziewanie gorącym ciałem. Otuliła mnie zapachem burzy, świeżego pieczywa i marokańskiej kawy. Tak boleśnie znajomym zapachem, który już kiedyś doprowadził mnie do szaleństwa. Rzuciła mnie na łopatki, budząc wszystkie moje zwierzęce instynkty, które natychmiast stanęły na baczność. Pragnące tylko jednego — capnąć swoją zdobycz i ukryć ją przed całym światem, żeby…

Ta drobna, ciemnowłosa katastrofa żywiołowa nie pozwoliła mi dokończyć myśli. Przemknęła obok mnie niczym rozjuszona furia; ledwo zdążyłem wyskoczyć za nią. W jej zachowaniu było coś nie na miejscu. Coś nietypowego, nawet jak na nią, bo z zasady bywała dziwna.

A ja, złośliwie myśląc, że studenci mieli szczęście — przed trudną praktyką czekały ich jeszcze dwa wykłady na luzie, bo Jaskółkę wyrzuciło z wagonu dwie stacje przed uczelnią — ruszyłem na poszukiwania studentki. Przy okazji zadzwoniłem na uczelnię, uprzedziłem o swojej nieobecności i konieczności zastępstwa, a także zostawiłem przyjacielowi na poczcie głosowej kilka wiadomości. Najpewniej odsypiał kolejną huczną noc.

I oto Jaskółka stoi w strugach deszczu, przyciskając telefon do ucha. Zupełnie bezradna i przestraszona. Słucha głosu w słuchawce, przygryzając wargi. A potem w jednej chwili wybucha, niczym zapałka, tak jasnym, niemal namacalnym gniewem, że gdyby burza była człowiekiem, zatrudniłaby Jaskółkę jako prywatną korepetytorkę.

I czuję, jak w opuszkach palców narasta dzika, niemal zwierzęca potrzeba, by jej dotknąć i zagubić się w jej jaskrawych barwach, tak żywych, ostrych, pełnych emocji, że wszystkie prawa i wzory w mojej głowie jakby ktoś wymazał gumką. Zapytaj mnie teraz o twierdzenie Pitagorasa, a odpowiem jak moi studenci: chamsko, wulgarnie i, ich zdaniem, absolutnie zabawnie.

— Wy głupie kury! — dźwięczny głos Jaskółki rozbrzmiał w deszczu, zlał się z grzmotem i, do jasnej cholery, huknął tak, że odruchowo zasłoniłem się torbą z laptopem, omal nie wypuszczając parasola z ręki. — Przecież to dziecko! Jak mogłyście?!

Złości się, a jej gniew narasta niczym burzowa chmura, iskrzy mikrowyładowaniami i wybucha ostrymi jak igły słowami, których za nic w świecie nie spodziewałbym się usłyszeć z ust ślicznej, wzorowej studentki.

Gdy tylko przestała przez telefon besztać głupie kury piękną, niemal literacką wiązanką przekleństw, zatrzymałem się obok i wreszcie schowałem całkowicie przemokniętą Jaskółkę pod swoim parasolem.

— Ojej — westchnęła ostrożnie, unosząc głowę ku przezroczystej kopule, która nakryła ją, chroniąc przed natarczywymi lodowatymi kroplami. Majowe deszcze wciąż są jednak bardzo zimne. — Oj, oj, oj — przeciągnęła żałośnie, przyciskając telefon do piersi i odwracając ku mnie głowę.

Tak, Halicki, oddychaj! — nakazał mi mózg głosem najlepszego przyjaciela. Dziwne, ale z jakiegoś powodu zdrowy rozsądek zawsze odzywał się w mojej głowie głosem wiecznego łobuza i babiarza Romka Zimina.

Na szczęście zadziałał, przywracając moją profesorską głowę na właściwe miejsce.

— Co pani wyprawia, Jaskółko? — zmarszczyłem brwi, udając święte oburzenie wykładowcy na niedbałą studentkę. — Jeśli myśli pani, że uchyli się od egzaminu, lądując na szpitalnym łóżku, to się pani grubo myli. Metodykę będzie mi pani zdawać pod kroplówką.

— Ja... ja... nie... zamierzałam się uchylać — w końcu wydusiła z siebie, ale w taki sposób, że jejnie uwierzyłem.

— Jeszcze minutę temu była pani o wiele pewniejsza siebie — prychnąłem, czym niespodziewanie ją speszyłem, bo ta niesamowita dziewczyna nagle poczerwieniała jak mak.

Sama niewinność! I nawet bym uwierzył, gdybym nie wiedział, gdzie spędza noce, bezwstydnie odsypiając je na moich wykładach. Aż dziwne, że przy takim stosunku do nauki potrafi zaliczać każdą sesję z samymi piątkami. I jeszcze ani razu nie straciła głowy, kiedy próbowałem przyłapać ją na tym, że nie uważa. Chociaż, trzeba przyznać, to zasługa takiego wspaniałego opiekuna jak ja, który jeszcze ani razu nie zakłócił jej słodkiego snu. A mógł. A oni wciąż tylko: „uzurpator, tyran”…

— Czasami mi się to zdarza, kiedy…

— Kiedy pani wpada w furię, już zrozumiałem.

Pokiwała głową i znów zerknęła na telefon, przygryzając dolną wargę. Znałem ten wyraz twarzy: ściągnięte brwi, pionowa zmarszczka między nimi i rozbiegane spojrzenie. Tak trudne zadanie rozwiązywała wzorowa studentka i szara myszka studiująca edukację wczesnoszkolną.

Dokładnie tak samo wyglądało małe diablę imieniem Basia, gdy rozważało moją biznesową propozycję. Porównanie wyszło dziwnie nie na miejscu, więc wepchnąłem je za mur logiki i praw matematycznych. Towarzysz Łobaczewski i pan Gauss byliby zachwyceni tak uroczym spotkaniem.

Żywo wyobraziłem sobie obraz w stylu szalonej herbatki Carrolla, pokręciłem głową i cicho parsknąłem. Tego już za wiele — przy tej... Jaskółce wszystkie trybiki w głowie pracowały mi na opak.

— Platonie Danyłowiczu — odezwała się cicho, ale stanowczo. Najwyraźniej rozwiązała swoje zadanie. A ja byłem pewien: rozwiązanie raczej mi się nie spodoba. — Chyba dzisiaj zachoruję. I najpewniej jutro też. Przepraszam.

I już prawie rzuciła się z powrotem do metra. Taa, jasne. Nie uciekniesz mi, Jaskółko. Coś się stało i byłbym ostatnim dupkiem, gdybym pozwolił ci odejść w takim stanie.

Sumienie spróbowało przypomnieć, że w gruncie rzeczy problemy studentów, nawet takich ślicznych, to nie moja sprawa. Ale kto by słuchał tej kapryśnej damy.

Peatükk 3 / 38 · Lehekülg 1/2