SOVABOO

Rozdział 19, część 2

– Ty, Fania, słuchaj, co Milka mówi – przytaknęła znad stołu babcia Motia, przyciskając telefon do ucha w oczekiwaniu na połączenie. – Ona w samym Paryżu była! Będziesz wyglądać jak królowa!

– E-e… khem – tylko tyle zdołałam z siebie wydusić.

Czy mi się zdaje, czy staruszki rozkręciły się nie na żarty? Dziewczyny zawsze pozostają dziewczynami, nieważne, ile mają lat.

– Świetnie! Włosy najlepiej rozpuść – kontynuowała była pianistka. – Takie włosy jak twoje to grzech chować! Nasza akompaniatorka, Joasia, to była taka piękność. Ile razy szłam do filharmonii, tyle razy podziwiałam jej gładkie włosy, sięgające aż do talii.

– To pewnie prostowała je prostownicą – domyśliłam się.

– Tak? – Mila Francewna uniosła cienko wyregulowaną brew. – A ty, dziecko, masz takie urządzenie?

Czy współczesna dziewczyna ma prostownicę do włosów? Uśmiechnęłam się szeroko.

– Oczywiście!

I tyle z mojego „wpadnięcia po parę rzeczy”. Do domu Sokoła wracałam już w gęstniejącym zmierzchu, taszcząc torbę z dobytkiem, ale za to z manikiurem, od którego nie mogłam oderwać wzroku. Nawet rękawiczek nie założyłam, tylko patrzyłam i patrzyłam, poruszając palcami i starając się nie zapomnieć ostatniej rady Mili Francewny: „I nie zapomnij o oczach, dziecko! Za mojej młodości tusz był główną bronią kobiety. Zdziwisz się, ale był to towar niezwykle deficytowy! Podkreśl oczy i usta. Cery nie ruszaj. Przy tak czystej skórze bladość tylko korzystnie uwydatni kontrast. A rumieńce i tak same się pojawią. I na miłość Boską, żadnych czarnych rajstop!”.

– Miło Francewno, ale to klub, a nie raut!

– Bez różnicy! Może być i dom publiczny! Ciepłe kobiece kolana przyciągają uwagę nie mniej niż mowa mądrego rozmówcy. A kiedy u dziewczyny i jedno, i drugie jest na wysokim poziomie, jest w stanie zawrócić w głowie każdemu. Jesteś mądra i piękna, tylko głupiec by cię nie docenił. Tylko spróbuj dzisiaj nie znaleźć sobie chłopaka!

Śmieszne. Jak gdybym miała taki cel. Ale czy takie da się przekonać?

– Cześć, Łukasz! – otworzyłam drzwi do mieszkania i zobaczyła chłopca. Zdziwiłam się, zastając go samego. Wczoraj z rozmowy braci wywnioskowałam, że dzisiaj Łukasz spotyka się z ojcem i byłam pewna, że pan Wasia gości u syna.

– Co, Wasilij Jakowlewicz jeszcze nie zaglądał? – zapytała, szukając wzrokiem zegara. Oho, wpół do szóstej. Muszę się streszczać! – Łukasz, kupiłeś chleb? – wskazałam ręką w stronę drzwi. – Czy mam skoczyć, póki jeszcze się nie rozebrałam?

– Nie musisz nigdzie biec, Fania. Kupiłem – odpowiedział młodszy Sokolski.

– Zuch! – pochwaliłam go, zrzucając torby pod ścianą. Zdjęłam kurtkę i buty, chowając wszystko do szafy. – No proszę! – rozejrzałam się, wchodząc do pokoju. – Widzę, że i w mieszkaniu posprzątałeś. Czyżbyś tak szybko zdobył te dwie bazy i skończył misję?

Zamiast odpowiedzi na pytanie, Łukasz wyznał:

– Byliśmy dzisiaj z tatą Artema w naszym domu. Tym, w którym mieszkamy z mamą.

– O! Naprawdę? – przystanęłam, słysząc w jego głosie zagubienie.

– Tak. I on… tata Artema nawet ze mną rozmawiał. I trzymał mnie za rękę, jakbym był mały – Łukasz zaśmiał się nieswojo. – Przecież nie jestem mały! – parsknął. – Zaraz będę miał dwanaście lat!

– Jasne, że nie jesteś.

– A potem byliśmy w McDonaldzie. Bo do mamy na razie nie można wejść, to poszliśmy tam.

– Fajnie.

– Chyba tak – skinął głową, klapiąc na fotel. – Artem też tak mówi.

Usiadłam na łóżku, splatając dłonie na kolanach. Czułam, że Łukasz potrzebuje tej chwili uwagi.

– No widzisz – powiedziałam dziarsko. – Znaczy, że tak jest. Z panem Wasią nie sposób się nudzić!

Łukasz westchnął i zamyślony spuścił głowę, wpatrując się we własne ręce.

– Fania, myślisz, że on naprawdę chce, żebym z nim mieszkał? Tak na serio?

Zamurowało mnie po tak bezpośrednim pytaniu; domyślałam się, że relacje między rodzicami są skomplikowane do granic możliwości. Skoro jednak chłopak o to zapytał, odpowiedź była dla niego naprawdę ważna.

– Oczywiście, Łukasz! – nie pozwoliłam sobie na cień wątpliwości. – Przecież to twój ojciec. Twój i Artema!

Niebieskie oczy, które dopiero miały stać się szaro-sine jak u starszego brata, rozbłysły nadzieją. A potem twarz chłopca rozjaśnił uśmiech. Ostrożny, ale bardzo promienny. Łukasz skinął mi głową z nieśmiałością:

– Tak, tata też tak powiedział.

A już nieco ponad godzinę później, podczas której latałam po mieszkaniu jak oparzona, szykując się, starannie prostując w łazience długie, puszyste włosy i robiąc się na bóstwo, Łukasz otworzył usta z wrażenia. Zobaczył mnie w czarnej, krótkiej sukience i na obcasach. Z podkreślonymi oczami i ciemnokarminowym błyszczykiem na ustach.

Szczerze mówiąc, widząc swoje odbicie w lustrze na szafie, sama byłam zadowolona z efektu. Nic zbędnego, każdy detal był na swoim miejscu. Tak, ramiona pozostały odkryte, ale wysoki kołnierzyk zakrywał szyję, więc nie czułam się zbyt rozebrana. Tym bardziej że zamierzałam się solidnie wytańczyć.

Dalej, Czyżyku! Żyjesz i czujesz! Udowodnij to sobie!

– No i jak, Łukasz? – odetchnęłam i okręciłam się przed nim. – Nada się na wypad z dziewczynami do klubu?

– Fańka! Ale ty jesteś… odlotowa! – wydusił Łukasz.

– Jaka? – zaśmiałam się. – Chciałeś powiedzieć „fajna”?

– Nie – pokręcił głową, gapiąc się na mnie urzeczony. – Piękna. Jak Artem cię zobaczy, to na pewno nigdzie cię nie puści! Biegnij szybko! – też się uśmiechnął, a ja skinęłam głową, nie chcąc go rozczarować wyznaniem, że jego starszy brat widywał już nie takie piękności.

– Tak, chyba faktycznie pora na mnie!

Ale, jakby w odpowiedzi na to ostrzeżenie, w drzwiach przekręcił się klucz i szczęknął zamek. Sekundę później do mieszkania wszedł Sokół i zapalił światło w przedpokoju. Rzuciwszy klucze na półkę, odwrócił się… i nagle zamarł, widząc nas oboje. Jego dłoń, która już wędrowała do kołnierza kurtki, powoli opadła. Wzrok zatrzymał się na moich nagich ramionach, a potem ześlizgnął się ku kolanom opiętym cienkim, cielistym nylonem z lycrą.

– Cześć – uśmiechnęłam się nieswojo, czując narastające zmieszanie. Ten wzrok wydał mi się niesamowicie męski i przeszywający. Nic takiego, a jednak serce zaczęło mi pod nim trzepotać.

Sokół uniósł oczy.

– Cześć – powiedział głucho. Przełknął ślinę, jakby stracił głos albo zaschło mu w gardle. – A ty…

– A Anfisa idzie do klubu! Już wychodzi, dziewczyny na nią czekają! – wygadał mnie Łukasz, obwieszczając bratu nowinę głośno i pewnie. Szepnął konspiracyjnie: – Biegnij, Fańka, póki nie oprzytomniał. Ja go zatrzymam!

Czas faktycznie gonił i za minutę powinnam już wybiegać z domu, inaczej dziewczyny mogły pojechać do „Altaresu” beze mnie. Przy ostatnim telefonie Kryłowa przypomniała, że zbiórka jest o siódmej. Zostało dwadzieścia minut. Zerknęłam na zegarek i podeszłam do fotela, na którym leżał płaszcz i torebka. Płaszcz też był przejściowy, podobnie jak kozaki, ale pasował do sukienki znacznie lepiej niż puchówka, miałam więc nadzieję, że nie zamarznę. Narzuciłam go na ramiona, mocniej zacisnęłam pasek i poprawiłam włosy, pozwalając im opadać na plecy gęstą falą.

Ech, Łukasz, święta naiwności. Teraz już tak po prostu nie ucieknę, jesteśmy dorosłymi ludźmi, a nie dziećmi. Mamy z Sokołem jakby nie patrzeć „relację”. Żeby nie dyskredytować starszego brata w oczach małego, odwróciłam się do Artema i powiedziałam:

– Tak, właśnie wybieramy się z dziewczynami do klubu. Pamiętasz, Artem, mówiłam ci, że w piątek wieczorem w „Altaresie” gra kapela rockowa. – Przygryzając wargę, zerknęłam ukradkiem na Łukasza, licząc, że Sokół domyśli się i podejmie grę. – Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko?

No cóż, dla świętego spokoju musiałam zapytać swojego faceta o pozwolenie. Tak, czysto formalnie.

– Mam – warknął niespodziewanie Artem. I wiecie co, warknął tak bardzo serio. Aż otworzyłam usta ze zdziwienia. Zamrugałam gwałtownie.

– T-to znaczy jak to… masz? – powtórzyłam zdumiona, ryzykując, że zupełnie się zdradzę.

Sokół zmarszczył brwi. Wsunął ręce do kieszeni kurtki, ale zaraz je wyjął.

– Anfisa – odetchnął głęboko, zamierzając coś powiedzieć… i zamilkł. Tylko oczy błysnęły mu jak stalowe sople.

Choć nie. Wcale nie jak sople, jak mogłam tak pomyśleć. Raczej jak żar przebijający przez popiół.

Widocznie Artem zrozumiał, że zaczął nie z tej strony, bo nagle oświadczył pewnie:

– Zawiozę cię! Wiem, gdzie jest ten klub!

– Nie, nie trzeba…

– Artem, a co z nami? – odezwał się Łukasz, przerywając mi. Chłopak wystąpił do przodu, zaglądając bratu w twarz. – Twój tata powiedział, że zaraz przyjedzie i chce z nami porozmawiać. Przecież sam kazałeś mi czekać do wieczora! Co, znowu zostanę sam? A jeśli przyjedzie z tą swoją Zuzanną? Co ja jej powiem? Obiecałeś mi, Artem!

Sokół odwrócił się, przeklinając pod nosem.

– Łukasz… cholera, pamiętam!

Nagle poczułam się jakoś dziwnie, winna bez winy, i to już nie pierwszy raz tego dnia. W piersi znów poruszył się smutek, brzmiąc gorzkimi nutami. Sokół nie mógł mnie zawieźć tam, gdzie byli jego znajomi. Gdzie każdy mógł rozpoznać jego samochód. Przecież nie zwariował, wciąż pamiętałam kręgielnię i tamto nieoczekiwane spotkanie. Ja też nie oszalałam, żeby swoją obecnością wprowadzać zamęt w plany braci. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz pragnęłam, było stanie się przyczyną czyjegoś dyskomfortu, a już zwłaszcza rodziny Sokolskich. A poza tym… Spojrzałam chłopakowi w twarz, widząc, jak na jego szczękach mocno zarysowały się mięśnie. Ale to przecież nie to, o czym myślę? To, co nie ma prawa się dziać? Przecież to Sokół! A jego słowa to tylko koleżeńska przysługa, prawda?

Dobra, nie tylko przysługa — jego szare oczy patrzyły zbyt prosto, by zostało w nich miejsce na domysły, ale to i tak wszystko było tymczasowe i niepoważne. Hormony, fluidy… licho wie co! Pora się stąd wyprowadzić, inaczej ten kobiecy pierwiastek, który drzemie w każdej dziewczynie, w końcu dojdzie do głosu i mu odpowiem. Tak, jak tego chcę.

Tak, między nami, w tych ścianach, coś się dzieje, napinając uczucia do granic możliwości, ale nie oszukiwałam się już więcej — dziękuję ci, Malwin. Tacy faceci jak Artem nie wożą do klubu takich dziewczyn jak Anfisa Czyżyk nawet po znajomości. Nie wchodzą w relacje dla samych relacji. Nie obiecują. Im się wierzy bez żadnych gwarancji, zadowalając się ochłapami, a potem — jeśli dotknęło to serca — spala się na popiół. A ja… Nawet wystrojona pozostawałam zwyczajną dziewczyną, niezbyt doświadczoną w sprawach miłosnych, która rozbije się o Sokoła łatwo i dźwięcznie, rozsypując się w dzwoniące bólem odłamki. Lepiej byłoby pomyśleć o tym, co stanie się ze mną jutro, gdy on pójdzie w życie dalej, zaspokoiwszy ciekawość.

– Nie musisz mnie nigdzie wozić, Artem – odpowiedziałam, uśmiechając się niezbyt przekonująco i zarzucając torebkę na ramię. – Jestem już dużą dziewczynką i spokojnie potrafię dotrzeć do klubu sama.

Rękawiczki leżały na półce w przedpokoju razem z kluczami; ruszyłam do wyjścia, na sekundę zatrzymując się przy chłopaku — nie tak łatwo było go ominąć.

– Artem, przestań.

Palce Sokoła zacisnęły się wokół mojego nadgarstka.

– Łukasz, idź do pokoju – powiedział ochryple, zwracając się do brata. Zbyt twardo, by chłopak odważył się sprzeciwić. – Muszę porozmawiać z Anfisą.

Serce podeszło mi do gardła, a wzrok padł na jego zaciśnięte usta. Zaraz się rozchyliły, jakby zapraszając, a chłopak postąpił krok bliżej.

– Czyżu…

– Nie trzeba! – znalazłam w sobie siłę, by uparcie pokręcić głową. Uniosłam twarz, by odnaleźć oczy Artema. – Nie trzeba, już wychodzę.

I wyszłam. Tchórzliwie uciekłam, mówiąc szczerze, stukając obcasami po stopniach schodów.