SOVABOO

Rozdział 20, część 1

POV Sokół

Czyż.

Czyż. Czyż. Czyż.

Anfisa. Fańka. Ciepła, piękna, wabiąca. Dziewczyna-życie z perlistym śmiechem i lekkim charakterem. Niepokorna, uważna, prawdziwa. Przypadkowa sąsiadka, która wichrem wdarła się w moją codzienność i kazała zapomnieć o innych. Dzisiejszego wieczoru – bliska nieznajoma w krótkiej sukience, odsłaniającej zgrabne nogi. Przybiła mnie do miejsca zielenią szeroko otwartych oczu i delikatnością ust. Smukłą linią nagich ramion i ciężką falą włosów. I piersi. Zdecydowanie, Czyżyk ma się czym pochwalić. Dłonie same zacisnęły się w pięści, gdy tylko wyobraziłem sobie ich ciężar w swoich dłoniach. Gdy pomyślałem o tym, jak moje palce kładą się na jej ciepłej skórze, nie chcąc jej puścić, kiedy wreszcie zostajemy sami.

Co to jest – opętanie czy niezaspokojone pragnienie, które nie daje oddychać, gdy tylko Czyżyk znajdzie się blisko? Jakby rozum mi mętniał, albo jakbym sam odchodził od zmysłów; tak bardzo chcę poczuć jej zapach – korzennej wiosny i słońca, nieco gorętszy, gęstszy i bardziej duszny tuż przy samej skórze. Za uchem, w dołku nad obojczykiem, pod nagą piersią…

Szlag!

Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek sny przechodziły u mnie w fantazje i odbierały rozum na jawie, jakbym był zielonym szczeniakiem, któremu obca jest bliskość kobiety. Jeśli tak pójdzie dalej – zwariuję, bo dłużej nie wytrzymam. Nie będę mógł jej pożądać i nie być z nią.

Samochód pędzi przez nocną trasę miasta, a wszystko, o czym potrafię myśleć, to Czyżyk. Czyż. Anfisa. Fańka. Moja zielonooka dziewczyna. Sama w rozszalałym legowisku nocnego klubu.

W piersi wiercą się niecierpliwość i złość. Na siebie, na odległość, na to, że tak łatwo pozwoliłem jej wyjść.

Dlaczego nie ma nazwy na to pieprzone uczucie, które patroszy duszę i składa się z niskich instynktów – żeby brać, przywłaszczać, posiadać. Wciąż na nowo. A jeszcze… słuchać jej głosu, czuć ciepło uległego ciała, gdy staje się jednością z twoim, i patrzeć w oczy. Nieskończenie długo patrzeć w oczy, wiedząc, że one widzą tylko ciebie.

Nie, zdecydowanie na tej liście prymitywnych żądz żyje coś jeszcze, co nigdy wcześniej nie obudziło się w Artemie Sokolskim.

Przede mną mignął jaskrawy szyld „Altares”, płonący w mroku czerwonym neonem. Skręciłem Toyotą w stronę klubu, który według plotek należał do syna samego Gradowa – pana tego miasta. W przeszłości z tym miejscem wiązała się mroczna historia, ale dziś mało kto miał ochotę w nią wnikać. Nie znałem Luka zbyt dobrze, ale wystarczająco znałem Rudego, by uwierzyć Wiktorowi na słowo, że tutaj wszystko jest legalne, a Ignata i jego grupę Suspense czeka świetny występ przed ich pierwszą samodzielną trasą po kraju. Scenę w „Altaresie” odwalili pierwszorzędną, a kawałki chłopaków brzmiały już w tym mieście z każdej dziury.

W kieszeni odezwała się komórka. Zerknąłem na ekran – Leszek. Zaparkowałem Toyotę na poboczu, wysiadłem i odebrałem:

– Tak. Cześć, Leszy.

– Sokół, do jasnej cholery! – jak zwykle emocjonalnie zaczął Kim, przekrzykując ryczącą w tle muzykę. – Nie idzie się do ciebie dodzwonić! Gdzie cię nosi, pierzasty? Wpół do dziesiątej, wieczór w pełni, a ciebie nie ma. Ignat z Białym dają tutaj czadu! Słyszysz, brachu? Ludzi tu w bród!

Akustyka w klubie była świetna, głośnik w telefonie działał bez zarutu, nie było więc wątpliwości co do rozmachu imprezy.

– Słyszę, Leszy, nie rycz tak. Sprawy rodzinne. Jestem już pod klubem, właśnie podjechałem.

Usłyszałem jakieś szamotanie i w słuchawce rozbrzmiał głos Maksa:

– Odwal się, Lechu! Daj powiedzieć kumplowi parę słów! Temycz, masz karę, czaisz? Dawaj, uderzaj do nas, siedzimy przy barze! Czekamy na premierę teledysku Suspense. Chłopaki obiecują puścić wideo do grania na żywo. A, jest tu Wika ze Świetką, więc nudno nie będzie, gwarantuję!

W to, że zabawa nie ominie Maksa, nie było wątpliwości. Titow potrafił się bawić i gromadzić wokół siebie ludzi, ale dzisiaj kumple byli mi obojętni. Sam nie wiedziałem, po jakiego czorta tu przyjechałem, choć obiecałem Białemu, że będę. Teraz mogłem myśleć tylko o jednym.

Przed klubem stał tłum, ale w środku przestronnej sali ludzi było jeszcze więcej. W tym morzu rozgrzanych ciał, przygaszonego światła i jasnych błysków stroboskopów odnalezienie smukłej figurki Czyżyka wydawało się nierealne.

– Sokół, cześć! Hej, dokąd to?

Jakiś nieznajomy gość, kolejny „brat łata”, wyrósł mi na drodze. Ilu ich takich – w tym klubie, w tamtym. Na uniwersytecie, w przypadkowych towarzystwach, po prostu na ulicy. Czy ja kiedykolwiek udawałem ich kumpla? Odepchnąłem go z drogi barkiem i ruszyłem w tłum, szukając wśród tysięcy twarzy tej jednej – zielonookiej i uśmiechniętej twarzy mojej dziewczyny. Nigdy nie starałem się być miłym gościem i nie zamierzałem tego zmieniać. Grał właśnie utwór Suspense „Nocne zasady”. Na niskiej, narożnej scenie stał zespół Ignata i sam solista, wydobywając z gitary i perkusji rwane akordy, podbijając ludzi głosem i muzyką. Sala szalała, zmieniając parkiet w żywe morze. Rozejrzałem się…

Szlag! Szlag! Szlag!

– Sokół, co z tobą?

Bar udało się znaleźć znacznie łatwiej. Podszedłem do chłopaków i rzuciłem kurtkę na stołek. Odpowiedziałem Leszemu ostrzej, niż zamierzałem, ale znaliśmy się nie od dziś – nikt nie oczekiwał, że przestanę być sobą. A nastroje można wybaczyć – sam nie raz wybaczałem.

– Lechu, zamknij się, co?

– Jasne – przeciągnął Leszy, odwzajemniając uścisk dłoni. – I ty, Brutusie? – nagle parsknął śmiechem, trącając Titowa w ramię. – Wygląda na to, Maks, że miałeś rację z tą zarazą. Obaj nas zdradzili.

Podniosłem oczy. Słyszalność przy barze pozostawiała wiele do życzenia.

– Co?

– Najpierw Martynow, teraz ty – odparł Leszek. – Sokół, nie kumam, zgadaliście się z Sewą czy jak? Co to za grobowe miny w samym środku tego kwitnącego ogrodu?

– W punkt, Kim! Kiedy oduczyliście się cieszyć życiem, chłopaki? – przytaknął Titow.

– Chrzanić was! – odgryzł się Malwin, siedząc na wysokim stołku i gapiąc się na parkiet. Trzymał szklankę z drinkiem i właśnie wziął łyk. – Wszystko u mnie w porządku. Prawda, Świetka? – wyszczerzył się do dwóch stojących obok dziewczyn i przyciągnął jedną z nich. Ta natychmiast zachichotała, oplatając mu rękę wokół szyi.

– Nie wiem, nie wiem – odparła figlarnie. – Sekundę temu, Sewa, nie odpowiedziałeś mi na pytanie, jak wyglądam!

Wszystko to było tak znajome i mdłe, że odwróciłem się do baru. Zamówiłem koktajl, zapłaciłem, ale nie piłem, zostawiając nietknięte szkło. Stąd dobrze było widać scenę; mogłem dostrzec, jak chłopaki z zespołu robią przerwę, oddając tłum w ręce didżeja. Prawie natychmiast popłynęły głuche, rytmiczne basy, rozległ się głos Alice Merton i pierwsze akordy jej numeru „No Roots”.

Alicja. Tutaj też ta cholerna Alicja! Zaśmiałem się krótko, sprawiając, że barman spojrzał na mnie pytająco.

– Nie, niczego nie potrzebuję – kręciłem głową. – Rób swoje, młody.

– Na pewno? – powątpiewał.

– A co, wyglądam na kogoś, kto nie wie, czego chce? – zapytałem.

– Raczej na kogoś, kto nie wie, jak to wziąć albo dostać – uśmiechnął się barman.

– W punkt! – uśmiechnąłem się w odpowiedzi, unosząc szklankę z drinkiem.

Talię czule oplotła dłoń. Prześlizgnęła się po piersi. Przez sekundę, tylko przez jedną sekundę, pomyślałem, że to Czyżyk, i zamarłem. Ale nie, serce biło równo. Poczułem, jak do moich pleców tuli się cudze, ciepłe ciało. Ostry podbródek spoczął na ramieniu, a usta, które znały się nie tylko na gadaniu, załopotały tuż przy moim uchu:

– Cześć, Sokół. Jak leci? Naprawdę mnie unikasz? Umówmy się, że ostatnim razem tylko żartowałeś, a ja od razu o wszystkim zapomnę. Mmm, Artem?

Mięśnie mi stężały. Wzrok wbiłem w whisky rozcieńczoną colą i lodem.

– Spływaj. Po prostu spływaj.

– Co? – dziewczyna chyba osłupiała. Cóż, uczciwa cena za nieproszoną inicjatywę. Każdy z nas sam wycenia własną dumę. – Ja? – głos jej zadrżał.

– Słyszałaś.

– Ale… Cham! Nienawidzę cię!

I odpowiednia zapłata dla amatora łatwych przyjemności. Zresztą, zasłużyłem. Nie chciałem już znać ani jej imienia, ani ksywki.

Barman uśmiechnął się ze współczuciem, a ja w końcu pociągnąłem łyk i odsunąłem szklankę.

Obok nachylił się Maks. Leniwie powiódł wzrokiem za moim spojrzeniem utkwionym w tłumie pod sceną. Włączyły się lasery i diodowe sześciany w rogach, ale w kotłowisku kołyszących się ciał wciąż nie dało się wypatrzyć konkretnej osoby.

– Sokół, serio coś jest z tobą nie tak – zauważył Titow. – Od tamtej nocy w Marakanie. Rozumiem, że Wika sama się prosiła, ale od kiedy to bawisz się w celibat? Nie jestem ślepy ani nie urodziłem się wczoraj, dobrze pamiętam, jak się relaksowałeś po treningach. Może powiesz, o co chodzi? I co to za laska z tobą na zdjęciu, o którym kłapie Mardżanow? Szczerze, gówno tam widać. To jakiś żart? Bo jeśli tak, to przegrałem z Leszym parę zielonych.

Błysk stroboskopu i promień lasera, krzyżując się, oświetliły skrawek miejsca niedaleko sceny. Powoli wstałem z krzesła, wpatrując się w tłum.

– Co? – spytałem, ledwo słysząc kumpla.

– Mówię, że…

– Potem, Maks! – nagle przerwałem Titowowi, czując znajome tąpnięcie w piersi. Zrywając kurtkę ze stołka, rzuciłem mu ją w ręce, odchodząc od baru. – Wszystko potem!