Peatükk 22
Rozdział 22
Samolot ląduje, dzwoni mi w uszach, a ja opieram głowę o zagłówek. Mam zamknięte oczy przez cały czas, aż podwozie delikatnie dotyka pasa startowego, a wszyscy pasażerowie w końcu oddychają z ulgą. Klaszczą w dłonie, zapinają pasy, a pięć minut później, uśmiechnięci i łatwo zapominający o sobie nawzajem, spieszą do wyjścia z budynku lotniska.
Witaj, miasto.
Ja również spieszę się z nimi, tocząc torbę po chodniku w kierunku postoju taksówek, chociaż wiem, że mój ojciec i macocha wrócą do domu dopiero o siódmej wieczorem. A Stas, według jego matki, jeszcze później. Przechodzę przez chodnik i spoglądam na zegarek, nie pozwalając, by kłujący chłód oczekiwania na rychłe spotkanie z przeszłością wkradł mi się pod skórę.
To tylko duży znak z nazwą miejsca przylotu. Litery złożone w słowo, nic więcej. Miasto, w którym mieszka moja rodzina. Ale martwię się. Nieważne, ile czasu minęło, odkąd stąd wyjechałam, wciąż pamiętam, jak kiedyś mnie nie zaakceptowało. Dobrze, że dziś, gdy jestem starsza, wiem, że są na świecie miasta większe i piękniejsze niż to, i bardziej hojne w ciepło ludzkich dusz. Moja macocha zrobiła wszystko, co w jej mocy, by wzmocnić mnie tą wiedzą.
Oczywiście pytałem moją matkę Galię o Stasia. Czasami. Jak idą mu studia? Dostał się do instytutu? Czym się interesuje? Był jej synem i z dala od niego, spędzając czas ze mną, tęskniła za swoim upartym i nerwowym synem: nazywała go tak z miłością. Denerwowała się, gdy rzadko dzwonił. Nigdy nie interesowałem się jego życiem osobistym i związkami. Nie wiedziałem, czy zapoznał moją matkę i ojca z dziewczynami. Czy poznał Marinę, która była dla niego taka dobra. Albo czy przyjaźnił się z jej bratem. Zamykając tę stronę, zabroniłem sobie wracać do wspomnień, które sprawiły mi tyle bólu w młodości.
Stas nigdy o mnie nie pytał. Macocha nałożyła tabu na "mój" temat w ich rozmowach ostatniego dnia mojego pobytu w jej domu, kiedy po raz pierwszy uderzyła syna w twarz. Byłam pewna, że będąc tak upartą jak jej syn, nadal nie wycofała swoich słów. Nie miało znaczenia, że może mu już na mnie nie zależeć. Dla śmiesznego szkieletu, który kiedyś wyznał mu miłość, a potem rzucił mu w twarz, jak bardzo go nienawidzi.
W każdym razie, cała ta historia już dawno należała do przeszłości dwójki nastolatków. Staliśmy się dorośli i miałem nadzieję, że tym razem uda nam się uniknąć utrudniania sobie nawzajem życia.
- Dziewczyno, dokąd idziesz?
- W Cherokhino.
- Czy to cały bagaż?
- Tak.
- Świetnie. Idziemy?
- Chwileczkę! Ile chcesz ...
- Zawrzyjmy umowę!
- Chodź, idziemy!
A teraz droga już miga za oknem, taksówkarz włącza radio, a ja, po wykonaniu telefonu do macochy, wpatruję się w nieznany krajobraz. Zastanawiam się, na jakie bogate kolory pomalowały miasto pierwsze dni września.
Klucz leży w trawie obok ozdobnego kamienia, pod bramą. Nie zapomniałam, jak się ją otwiera i z łatwością wchodzę na podwórko, tocząc za sobą torbę. Zatrzymuję się na dłuższą chwilę na skraju pięknego, obsadzonego różami klombu, by rozejrzeć się po domu, w którym mieszka mój ojciec i w którym będę musiała zostać przez jakiś czas, dopóki nie znajdę mieszkania do wynajęcia.
Jak wszystko się tu zmieniło! A może po prostu zapamiętałem Cherokhyno jako białe, pokryte śniegiem, a teraz jest ledwie lato? Nawet świerki nagle wydały mi się dziwne i wysokie, tuja bujna, a tak często patrzyłam na nie tamtej zimy z mojego pokoju. A dokładniej z okna sypialni mojego przyrodniego brata. Wtedy między jodłami na podwórku stała szeroka drewniana huśtawka, którą wieczorem tak pięknie oświetlała latarnia, a teraz...
Zauważam huśtawkę w pobliżu nowej altanki ocienionej ozdobnymi winogronami, zostawiam torbę i idę alejką, aby zobaczyć podwórko... Teraz zamiast huśtawki stoi motocykl. Jest czarny, chromowany i drogi, o ile mogę powiedzieć, nie wiedząc nic o tego typu sprzęcie. Raczej nie zabawka mojego ojca. Raczej Stasia.
Ciekawe, kim się stał - Stasiem? Pewnie pozostał tym samym przystojniakiem, za którym szaleją dziewczyny. Nigdy nie szukałam go w mediach społecznościowych, nigdy nie poprosiłam macochy o pokazanie mi zdjęcia. Wiele razy chciałam, ale zawsze się powstrzymywałam, przypominając sobie, czyja ucieczka była pięć lat temu. Wtedy uciekłam bez nadziei na powrót, ze złamanym sercem. Dochodzenie do siebie zajęło mi tyle czasu, że bałam się nawet wspomnień o bólu, którego doświadczyłam. Nie, nigdy się nie odważyłam.
Na podwórku domu, w garażu, zauważam samochód, który jest szeroko otwarty. Mała ciemnoniebieska Mazda, która równie dobrze mogłaby należeć do mojego ojca. Nie wiem nic o jego preferencjach i mogę się tylko domyślać, czyj to samochód, pamiętając, że moja macocha we wszystkim preferuje niezawodne klasyki. Do tej pory ten świat był mi obcy. Czy miałem prawo w niego ingerować? Nie wiem. Już w nim byłem, musiałem tylko zrobić krok.
Wychodzę na ganek i wchodzę do domu, używając kluczy. Przekraczając próg, wnoszę za sobą torbę i plecak. Zostawiając swoje rzeczy w małym przedpokoju, ponownie zatrzymuję się w holu, tak jak na podwórku, aby rozejrzeć się ze zdziwionym spojrzeniem. W ciągu ostatnich pięciu lat dom zmienił się i stał się tylko bardziej przytulny. Trudno uwierzyć, że kiedyś też był mój, choć na krótko. Dziś nie wydaje mi się już tak ponury i obcy, jak podczas mojej pierwszej wizyty.
Idę powoli korytarzem i zatrzymuję się na progu kuchni. Łapię się na tym, że się uśmiecham. Wciąż ostrożnie, ale szczerze czuję się szczęśliwa, jakbym naprawdę wróciła do domu. Wydaje mi się to dziwne i od razu spieszę się umyć ręce, bo jestem zmęczona drogą i mam ochotę na kawę. Włączam czajnik, wyjmuję go z plecaka i kładę paryskie przysmaki na stole. Nagle zaczynam się trząść, bo wydaje mi się, że słyszę czyjeś kroki na schodach.
To była dziewczyna. Wysoka nieznajoma z białą grzywą splątanych włosów, która weszła do kuchni w męskiej koszulce na nagim ciele, boso, najwyraźniej nie spodziewając się spotkać nikogo o tej porze. Potyka się o mnie, mimo że jest pięć kroków ode mnie. Zastyga na progu, oglądając się przez ramię w przerażeniu. Mamrocze, niezręcznie owijając wokół siebie ramiona, by zakryć pełne piersi, które prześwitują przez cienką, białą bawełnę.
- Cześć. Chciałabym napić się wody. Może mineralnej?" Przywitała mnie ponuro, patrząc na mnie podejrzliwie, ale w tym przypadku to ja jestem gościem i staram się odpowiedzieć jej tak przyjaźnie, jak to tylko możliwe:
- Dzień dobry. Pewnie jest coś w lodówce, chociaż w głębi serca czuję narastające zażenowanie z powodu mojego niespodziewanego wtargnięcia do czyjegoś świata.
Moja macocha nie wspomniała, że Stas z kimś mieszka i nie mogę jej za to winić. Być może po prostu nie miała czasu, by uprzedzić syna i jego dziewczynę o moim przyjeździe. A może nie uznała tego za konieczne. Wciąż jest tu szefem i jest to dość oczywiste.
Nieznajoma podchodzi do lodówki, otwiera drzwi i bierze dwie butelki wody. Gdy wychodzi z kuchni, ogląda się za siebie, by rzucić mi kolejne zaskoczone spojrzenie.
- To nie ma nic wspólnego ze mną, słyszysz? Zawsze wybiera kogoś innego, to wszystko - mówi wzruszając ramionami, po czym wychodzi z pokoju. Ale ja już odwróciłam się od kuchenki, ściskając w palcach puszkę francuskiej kawy i zamknęłam oczy.
"Zawsze wybiera kogoś innego".
Jakie to głupie, a jednak spodziewane. Tylko, że ja nie byłam byłą dziewczyną Stasia, więc blondyn nie powinien się o mnie martwić.
Czajnik gwiżdże - głośno i długo. Drżąc, nie wyłączam od razu palnika. Przyciągam kubek bliżej, wrzucam do niego kawę rozpuszczalną i zalewam wrzątkiem, starając się nie rozsypać cukru z powodu nagłego napięcia w dłoni.
- Następnym razem użyj ekspresu do kawy. Mamy cudowny ekspres, pokochasz go.
Rozlała to. Upuściłem łyżkę. Ale wciąż miałem dość siły, by podnieść nową.
Wiele razy wyobrażałem sobie nasze spotkanie ze Stasem. Myślałam o tym, jak to będzie. Czy będę spokojna? Czy byłby obojętny? A może pozostałby tak cyniczny i zły jak zawsze? Nie wiedziałam, jak bardzo czas go zmienił, a może pozostawił takim samym. W moich myślach byłam zimna, zdystansowana, zabawna... inna, ale nie wrażliwa. Nigdy bezbronna. Nie zamierzałam pozwolić mu znów się zbliżyć.
Więc jak to się stało, że nagle znalazł się pod moimi osłonami, nie pytając mnie o to?
Moje palce pozostają przyklejone do kubka, a głos znika. Moje plecy zataczają krąg, czując ciepło czyjegoś ciała niemal przyciśniętego do mnie.
- Nie rób tego.
- Co dokładnie należy powstrzymać?
- Wszystko.
- Po prostu stoję z boku.
On nie tylko tam stoi, a ja nie jestem po prostu zamrożona. Minęła ledwie minuta od naszego spotkania, a znów czujemy się nawzajem i nie ma znaczenia, że patrzę przez okno, a on patrzy na tył mojej głowy, która płonie pod jego spojrzeniem.
- Nastya... - każdy dźwięk osiąga swój cel, rezonując z małą eksplozją w duszy.
- "Tak" - odpowiadam cicho, podobnie jak on.
- Czy to naprawdę ty?
- Я.
- Witaj, Elf.
Milczę. Czuję, że jego dłonie zaraz dotkną moich ramion, tak jak kiedyś w tej samej kuchni, i szybko się odwracam, starając się utrzymać za sobą przynajmniej ostatnią barierę. Wpatruję się w jego silną klatkę piersiową pod koszulą, zapominając, jaki jest wysoki. Dopiero teraz powoli podnoszę wzrok.
- Witaj, mój przyrodni bracie.
Podchodzę do niego zbyt blisko, ale on się nie cofa. Nie podnosi rąk i nie musi tego robić. Minęło pięć lat, ale kiedy nasze oczy się spotykają, nie mogę złapać tchu, tak jak podczas tego pamiętnego pierwszego spotkania. Spoglądam w ciemnoszare, boleśnie znajome oczy, o których tak często śniłam, ze zdziwieniem odnajdując tęsknotę wypełzającą z uśpionych zakamarków mojej duszy, dzwoniącą niebezpiecznie w sercu. Zdałam sobie sprawę, że w tym momencie zatraciłam siebie.
Ty głupcze! Te oczy kiedyś paliły mnie nienawiścią, ale teraz... Jestem gotowy na wszystko, tylko nie na to, co w nich czytam.
Stas zawsze był przystojnym facetem. Już jako nastolatek można było odgadnąć siłę w jego atrakcyjnej twarzy i śmiałej krzywiźnie ust, w jego bezpośrednim spojrzeniu, które patrzyło ostro spod podartej grzywki, w jego uparcie napiętych kościach policzkowych. Początek, który budzi się w młodej, silnej męskiej osobowości. Teraz można to odczytać w każdym rysie jego twarzy, w zapachu nieznanej kobiety na jego ciepłej skórze, w skręcie jego silnych ramion. Młody mężczyzna stoi tuż przede mną.
Patrzę na twarde usta, które kiedyś całowały mnie, jakby chciały odebrać mi życie... Patrzę na mój prosty nos, na kości policzkowe i podbródek porośnięty zarostem i myślę o tym, jak nie na miejscu są moje włosy w węźle z tyłu głowy. Chciałabym móc położyć się na jego szyi i ukryć rumieńce, które pojawiły się na jego policzkach. Chciałabym móc ukryć sposób, w jaki moja klatka piersiowa unosi się z krótkim westchnieniem. Kiedy o tym myślę, moje usta rozchylają się, a Stas natychmiast przykleja do nich swoje oczy. Patrzy na nie, oddychając ciężko, podczas gdy gdzieś w pokoju czeka na niego dziewczyna. Czeka. Bo nieznajoma zdaje się stać na progu kuchni. Słychać nawet jej kroki...
- Nie wiedziałem, że przyjdziesz. Przepraszam. Inaczej nigdy bym jej tu nie przyprowadził.
- To twój dom i twoje życie. Nie musisz mi się tłumaczyć.
- Tak, moje pieprzone życie.
- Powiedziała: "Zawsze wybierasz kogoś innego. Kogoś innego.
- Zawsze. Czasami wracam, ale nigdy sobie tego nie obiecuję. Nikomu.
- Myślałem, że to twoja dziewczyna.
- Nie. Nie jest złą dziewczyną, ale nie zależy mi na niej. Jej też na mnie nie zależy. To tylko seks, jestem przyzwyczajony do takiego życia.
To było do przewidzenia, ale i tak niespodziewanie bolesne. Musiałem sobie przypomnieć, że czas nas rozdzielił.
- Nie chcę wiedzieć. To nie moja sprawa.
- Spotykasz się z kimś?
- Ale to nie twoja sprawa.
Dziewczyna ubrana w dżinsy i podkoszulek wchodzi do kuchni i zatrzymuje się w progu. Przeczesuje dłonią włosy, mówi coś do Stasia, a my dalej patrzymy na siebie, niemal stykając się ciałami.
- "Kto to jest?" powtarza pytanie, a kiedy myślę, że Stas zamierza go zignorować, po prostu odpowiada:
- Elf.
Tylko "Elf" i żadnej przyrodniej siostry. Jakby taka odpowiedź sama w sobie była kompletna i logiczna. Żartowniś. Czyżbym nadal nie był godzien nawet własnego imienia tu, w tym domu, przy jakiejś dziewczynie?
- "Cholera, wygląda na to, że jestem w złym momencie," nieznajomy uśmiechnął się smutno, "Stas, rozumiem, że wieczór się skończył? Czy to ona?
- Tak. Janka, poczekaj na mnie w samochodzie.
- Dobrze.
I znowu tylko my dwoje. Tylko teraz czuję, jak moje spojrzenie twardnieje, a usta się zaciskają. Czas wzmocnił nie tylko Stasa. Desperacko próbuję się pozbierać.
- Mogłeś powiedzieć, że jestem twoją siostrą, a nie elfem. Zabawne.
- Nie sądzę.
- To zabawne, że wybrałeś ten pseudonim, aby przedstawić mnie dziewczynie, z którą właśnie uprawiasz seks. Pamiętam, jak często w tym domu używano innego przezwiska. Dlaczego o nim nie wspomnieć?
- Bo dla mnie zawsze będziesz Elfem. Ja też pamiętam. Wszystko. Szkoda, że kiedyś zabroniłeś mi cię dotykać. Naprawdę chcę cię przytulić.
Moja ręka prawie nie drży, a moje spojrzenie w końcu przesuwa się na bok, gdy podnoszę kubek z kawą i przykładam go do ust. Biorę łyk. Potem kolejny, gorzko palący moje suche gardło, aby odpowiedzieć mu w twarz tak chłodno, jak to tylko możliwe:
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł...
I to wszystko. Tylko tyle udaje mi się powiedzieć. Filiżanka z kawą ląduje w rękach Stasia, potem na stole, a on przyciąga mnie do siebie i przytula tak mocno, że nie mogę oddychać.
- Do diabła z tym! Do diabła z zasadami! Nie mogę się powstrzymać! Elf, jak dobrze cię widzieć!