SOVABOO

Sokół i Czyż

Ch. 12: Rozdział 5, część 2

Rozdział 5, część 2

Розділ 12/60 · Сторінка 2 з 219%

– Dobrze, Kim! A teraz Czyżyk! Gdzie Czyżyk?! Czyżyk, szybko na linę! Marsz! Nie każ ludziom czekać!

A… Eee… Mamo! Nie było rady – wdrapałam się z drżeniem w nogach. I wiecie, wszystko by było dobrze. Dopóki miałam zamknięte oczy, całkiem nieźle mi szło wspinać się w górę, ale jak tylko je otworzyłam… Sala wydała się malutka, a ja stałam się maleńką, przestraszoną i strasznie samotną muszką, patrzącą na świat ludzi z wysoka.

O, tam Uljaszka patrzy z zachwytem na Malwina, który ćwiczy brzuszki. O, tam nasi chłopcy kawałek dalej bronią bramki przed Sokołem, który jak zawsze pewnie tnie boisko z piłką przy nodze. Za szybki, za zwrotny i za bardzo sportowy, żeby komuś tę piłkę oddać. O, tam nasze dziewczyny – stąd widać, jak się chichoczą i puszczają oczka chłopakom, a tam trener… Patrzy na mnie i jakoś podejrzanie macha rękami.

O-o-o! Spojrzenie utknęło w pożółkłym suficie. A-a-a! I znowu zjechało w dół.

– Czyżyk! Anfisa! Co tam utknęłaś? Zejdź natychmiast!

Za późno. Już wisiałam na linie, wgryziona w nią zębami jak dzika małpa w lianę. Ani w górę, ani w dół.

– Czyżyk! Komu mówią – zejdź! Na dół!

– Czyżyk, przestań robić z siebie pajaca!

– Czyżyk, co to za nowe numery?!

Nieee. Ja siebie znam. Najpierw gardło mi zdrętwieje, potem ręce, potem plecy, a potem będą mnie w półprzytomnym stanie ściągać wszyscy razem – cały zespół dydaktyczny plus rektor! Z pomocą perswazji i straży pożarnej! Oby tym razem nikogo nie pogryzła.

 
Nie pogryzłam nikogo, ale wstydu się najadłam – na całe życie wystarczy.

– To po prostu koszmar. Teraz cały wydział będzie się ze mnie nabijał.

– Daj spokój, Fań, – pospieszyła mnie pocieszyć wierna Ulka, idąc obok ulicą. – Najważniejsze, że cała zostałaś! Phi, wielka rzecz!

– Rozumiesz, ja byłam pewna, że coś takiego już mi się nie powtórzy. To przecież nie szkoła, powinnam wydorośleć. A tu jakieś głupie strachy! – z rozpaczą zacisnęłam pięści. – Skąd się wziął ten cholerny sznur! A jeszcze trener: czemu milczysz? Czemu milczysz? A ja nic powiedzieć nie mogłam. W ogóle nic! Nie zdarzyło mu się nigdy coś podobnego? Żeby gardło ścisnęło i ani słowa!

– Chłopcy chcieli cię ściągnąć, ale nie pozwolił.

– I słusznie, – musiałam się zgodzić. – Lepiej niech się śmieją, niż żeby mnie oskarżali o coś gorszego. Ech, – westchnęłam smutno, – takie miałam dobre nastroje, i masz ci los. Cały dzień do bani!

Teraz tylko jedno mogło nam z Ulką poprawić humor, i nie umawiając się, skierowałyśmy się do bufetu. Udusić robaka kalorią, tak. I wiecie, udało się, bo zagadałyśmy się z Natashką Kryłową, która zajęła z nami stolik. A właściwie to Ulka zagadała, a ja w najgorszym momencie wtrąciłam nos. I jak zawsze powodem okazała się ta sama pamiętna trójca.

– Dziewczyny, a wiecie, – Natashka przeżuła kawałek parówki w cieście i powiedziała tonem sąsiadki-plotkarki – że Malwin ma dziewczynę.

– Naprawdę? – zaraz jęknęła Kim, o mało nie wypuszczając z rąk kubeczka z gorącą herbatą, i wyraźnie posmutniała. – Tak?

– Naprawdę. Tylko jej nikomu nie pokazuje. Olka Graczowa powiedziała Timofiejowej, a ta już mnie. Podobno Graczowa miała coś z Martynowem i on jej się zwierzył, że jest zajęty. Teraz Graczowa płacze. Wiosną, według plotek, Sokół ją spławił, a teraz i tu klapa. A przecież one z Anisimową to nasze pierwsze piękności wydziału, i nagle taki zonk.

Kim się spieła, zerkając w stronę Malwina, który właśnie siedział w towarzystwie kolegów i jakiejś dziewczyny. O-ho! Już w towarzystwie dwóch dziewczyn! Jeszcze jedną i będą dla całej braci po równo! A tak – nie wiadomo, czyje spojrzenia i nagrodę główną Anisimowej zgarnie Leszy czy Sokół.

No a nam tak, nam tylko gadać i gadać. Cóż innego w bufecie robić?

– Ciekawe, czemu nie pokazuje? – spytała Uliana.

– Nie wiem, – wzruszyła ramionami Natashka, – niby studiuje w innym mieście i jest bardzo zajęta.

– A może dlatego, że wcale nie istnieje – ta dziewczyna? – prychnęłam. Niezbyt mi się spodobało, że przyjaciółka się zmartwiła. – Albo jest taka straszna, że wstyd pokazać?

– Co ty! Podobno modelka z nogami do nieba i urodą jak z okładki! – oburzyła się Kryłowa na moje niedowierzanie. – Graczowa by Timofiejowej nie skłamała!

– Graczowa może i nie, ale Malwin – bez problemu.

Ulka zupełnie się przygnębiła, więc pogłaskałam ją po ręce.

– Ul, no przestań. Kto ją w ogóle widział? U niego tych dziewczyn – wagon i mały wózek! Ot, jak u twojego Leszka! Jeszcze tylko brakowało, żebyśmy wierzyły w każdą plotkę!

– A jeśli on swoją dziewczynę ukrywa przed kolegami? Bo się boi, że mu podkradną? – zgadła Natashka.

– To grosz wart taki tchórz i tacy koledzy! A w ogóle, znaleźliście sobie temat!

Ale gdy po zajęciach wyszłyśmy z Ulą na przystanek, ona i tak powiedziała, jakby moje słowa potrzebowały odpowiedzi:

– Ty to burczysz, Fańka, a faceci wszyscy są skryci. Między innymi mój Leszek do tej pory nie wie, że ty u Sokoła mieszkasz.

– Jak to? – zdziwiłam się. Kto jak kto, ale Leszy byłam pewna, że wie o naszej umowie z Sokolskim.

– A właśnie tak. Dziś rano spytał mnie, jak się masz i czy znalazłaś akademik. A jeszcze – czy Sokół cię bardzo nie skrzywdził? Dobrze, że się domyśliłam skłamać. Więc Artem nawet z przyjaciółmi nie za bardzo szczery.

– Kim, ale to zupełnie co innego! – rozłożyłam ręce. Naprawdę Ulce to nie jasne? – To on nie mnie ukrywa, tylko na siebie samego i wolnego nie chce rzucać cienia! Ja widzę, że on siebie nie sokołem, a orłem mieni. A tak to mu wszystko jedno, czy mu pomagam ja czy ktoś inny, byle cel osiągnąć. Dlatego milczy – bo nieważne. A Malwin wymyślił sobie wygodną wymówkę dla głupiutkich dziewczyn i korzysta. Bo i tak się łapią. W ogóle nie rozumiem tych gier-zagadek. Co to za chłopak, który za plecami swojej dziewczyny ogląda się za inną? Albo chowa. Albo, co gorsza, wstydzi się – niby stara rana, a serce i tak zabolało. – Moim zdaniem to ostatnia rzecz! A więc i wcale nie miłość!

No i proszę, ile razy obiecywałam sobie siedzieć cicho, a znowu się rozgadałam. I humor ostatecznie spadł poniżej kreski „do niczego”. Tak się rozstałyśmy z Ulką aż do poniedziałku – każda ze swoimi myślami, a ja pojechałam do pracy. Jakoś głupio było wpadać do Sokoła do mieszkania, żeby się przebrać i zjeść, postanowiłam wytrzymać do snu. Powrót do domu przez byłego odłożyłam na ranek, a przede mną stał długi piątkowy wieczór, kiedy bar dudnił i żył jak nigdy, a ja dobrze wiedziałam, że Timur na pewno mojej pomocy nie odmówi.

 

 

Розділ 12 / 60 · Сторінка 2 з 2