SOVABOO
Rozdział 14, część 1
POV Czyż
Treeeeń! Treeeeeeeń!
Nie słyszę. Żadnych obcych dźwięków, śpię. Żadnych dzwonków do drzwi. Żadnych alarmujących głosów. Nic. To sen. Tylko sen, a we śnie różne rzeczy się przywidują. Oto i teraz zdaje mi się, że wujek Wasia gdzieś z oddali woła głucho syna: „Artem!”, jakby ten zabłądził w lesie. A tak naprawdę jest tu tylko moja chrapiąca wyobraźnia, ja sama i najmiększa poduszka na świecie — wyjątkowo przytulna w ten cichy, niedzielny poranek.
Albo i nie cichy?
W dziurce od klucza niespokojnie zazgrzytał klucz, klamka szarpnęła i ktoś głośno załomotał do drzwi. Przestraszony dźwiękami sen skurczył się do niewyraźnego punktu i nagle zniknął jak błysk, a ja otworzyłam oczy.
— Artem, jesteś w domu? Gdzie jesteś, synu, odpowiadaj!
Otworzywszy oczy, poderwałam się na łóżku. Na łóżku? Znowu? Och, mniejsza, potem to ogarnę! Przebiegłam wzrokiem po pokoju w poszukiwaniu Sokoła. Jest! Śpi sobie przystojniak na podłodze, wystawiając na widok publiczny rzeźbione plecy! Na moim materacu! A tam tata, nawiasem mówiąc, przyszedł i zaraz zobaczy dowody naszej fikcyjnej umowy w pełnej krasie!
— Sokolski! Artem! — zawołałam szeptem, w panice zsuwając się w stronę chłopaka. Dosięgnęłam ramienia i klepnęłam go dłonią. — Pobudka!
— A? Co? — Sokół przewrócił się na bok i sennym ruchem potarł twarz. — Czyż… — wymamrotał niewyraźnie i znów wtulił nos w poduszkę.
— Artem, jesteś w domu? Synku, jesteś tu? — drzwi do mieszkania otwarły się, w przedpokoju usłyszałam tupot nóg i krzątaninę.
— No, Sokół! — zaczęłam go klepać już na poważnie. — Dość tego spania! Twój tata przyszedł, a ty tu leżysz na podłodze! Budź się!
— A?
— No co za niereformowalny typ! Chowaj materac pod łóżko, jeśli nie chcesz, żeby nas nakryli! I szybko wskakuj do mnie! — zaczęłam przesuwać się pupą do ściany, odrzucając kołdrę.
Ojej, a gdzie moje dżinsy? Tylko rajstopy i majtki. Uff, chociaż sweter na miejscu — uspokoiłam się, łapiąc za rękaw. O reszcie też pomyślę później!
Sokół w ułamku sekundy zerwał się na nogi i zręcznym ruchem schował materac — co za refleks sportowca! Wskoczył do łóżka, bez namysłu złapał mnie i przyciągnął do siebie. Aż otworzyłam usta — po co te czułości? Ale słysząc niespokojne kroki wujka Wasi w korytarzu, zamarłam, wtulając nos w jego ciepłą szyję. Bardzo ciepłą, rzekłabym wręcz — gorącą. Wciąż delikatnie pachnącą żelem pod prysznic.
Żeby się upewnić, czy mi się nie zdawało, przywarłam do niej ustami, słysząc w odpowiedzi gorący wydech.
— Anfisa…
— Przecież nie ma go tutaj, Wasiliju Jakowlewiczu! Mówię panu, że klucze są u mnie! Przed chwilą dzwonił Leszka z baru — auto Artema wciąż stoi na parkingu. A w nocy ochroniarz go nie widział. Ale niech się pan tak nie denerwuje, nie mógł się zapaść pod ziemię!
— Jakaś bzdura o żonie. Może oni tam na tym komisariacie palą skonfiskowane zioło? Skąd niby żona? Przecież znamy Sokoła jak własną kieszeń!
— To pewnie jakaś fanka! Widziałem wczoraj w barze chłopaków z drużyny, każdy z nich mógł wrzucić info o bójce do sieci. No i przybiegła jakaś głupia go ratować. Dziwne, że przed klatką czysto.
Zdrętwiałam. Te głosy były mi znajome. Poderwałam głowę, wbijając zdrętwiałe palce w Sokoła. O ile wujka Wasię jeszcze bym przeżyła, to jego kumpli… O nie! W uniwersytecie nie dadzą mi żyć, jeśli tylko rozniesie się plotka, że spałam z Sokolskim! To znaczy — nie spałam, ale kto w to uwierzy?! Albo mnie wygryzą, albo wyśmieją, zależy od szczęścia, ale spokoju na pewno nie dadzą! A co ze studiami?!
I po co oni tu przyszli! Pewnie rano nie znaleźli kumpla na dołku, rzucili się na poszukiwania, a tu ja — trofeum gotowe do egzekucji.
— O matulu! — nie zauważyłam, kiedy to wyszeptałam. — Co to teraz będzie?!
Artem jakby się ocknął. Puścił mnie i wyskoczył z pościeli.
— Stać! — warknął chrapliwie (na pewno chory!), wylatując do korytarza i zasłaniając ramionami przejście. — Co wy, do reszty ochujeliście?! Nie jestem sam, a wy wpadacie watahą! Na zewnątrz, wszyscy, już! Co do diabła, Maks? Sewa? Ledwo bokserki zdążyłem naciągnąć! Może jeszcze do łóżka nam wejdziecie?!
— Artem! — sapnął oburzony wujek Wasia, nie bez ulgi. — Jak ty się odzywasz do ojca?!
— Tato, idź do kuchni. Zaraz wszystko wyjaśnię.
— Wszystko w porządku, synu?
— Jasne, nie martw się. Żyję i mam się dobrze! Niepotrzebnie chłopaki dzwonili, przepraszam.
— No, to nie ty będziesz decydował!
— Temycz? Nie najeżdżaj tak na nas, przecież nie jesteśmy obcy, martwimy się.
— Rozumiem, Maks. Ale nie mogłem dać znać, sami wiecie.
— Wiemy. A propos, masz swoje rzeczy — kurtka i telefon. A co z tym infem? Wasilij Jakowlewicz to skała, nic nie sypnie. O czymś nie wiemy? Kto to? Nie przypominam sobie, żebyś kiedyś kogoś tu rano gościł, inaczej bym nie wchodził, sorki.
— No, Sokół! Jak ty się w ogóle w domu znalazłeś? Byliśmy pewni, że rano cię z dołka nie wyciągniemy, a ty tu w nocy z dziewczyną dokazujesz! Farciarz!
— Normalnie się znalazłem. Z tym mięśniakiem rozeszliśmy się bez roszczeń. Mam nadzieję, że zrozumiał swój błąd. A klucze trzymam u sąsiadów, na czarną godzinę, więc musiałem ludzi pobudzić.
— A co z…
— Nie, to nie żona i nie jest w ciąży, Sewa, jeśli o to pytasz. Trafił się przodownik-żartowniś i słabo mu wyszedł dowcip. Ale ona jest dla mnie ważniejsza od innych. Więc bez obrazy, chłopaki — nie będę was poznawał, to sprawa prywatna.
— Dobra — dotarło do mnie zdziwione — umywamy ręce! Ty wiesz lepiej, Sokół. W każdym razie najważniejsze, że wszystko się ułożyło!
— Tak.
Usłyszałam kroki w stronę drzwi i głos ciemnowłosego kumpla Artema, Maksa (zdawało mi się, że chłopaki są już na progu):
— Słuchaj, nie czaję, po co mi wczoraj przywaliłeś? Tylko nie mów, Temycz, że niby niechcący chybiłeś, jak celowałeś w blondyna. Nie jestem głupi.
— Nie powiem.
— Czyli za karę?
— Czyli tak.
— No to okej — odpowiedział niespodziewanie. — Za karę można oberwać. Tylko następnym razem, stary, spróbuj wyłuszczyć pretensje słownie, bo jeszcze gotów jestem się obrazić. No, to cześć, Sokół! Do widzenia, Wasiliju Jakowlewiczu! Przepraszamy za raban!
— Do widzenia, chłopcy! Dzięki, że zadzwoniliście. Artem, wciąż czekam…
Poszli! Dzięki Bogu, poszli! Zerwałam się z łóżka i zaczęłam biegać po pokoju w poszukiwaniu dżinsów, podczas gdy Sokół, tak jak stał, poszedł tłumaczyć się ojcu w kuchni. Spodnie znalazły się w szafie, ale zmieniając zdanie, złapałam ze swojej półki domowe ubranie, parę niezbędnych drobiazgów i nabrawszy czelności, śmignęłam do łazienki. Szybki prysznic i przed wyjściem głośny wydech, wewnętrznie gotowa na wszystko.
Okazało się, że nie na wszystko.
Najpierw Sokół nie chciał uwierzyć, że ma gorączkę (może nie jakąś wielką, ale nie do zlekceważenia).
— Słuchaj, Artem, ubrałbyś się. Wydaje mi się, że masz temperaturę.
— Wydaje ci się, Czyżyk. Ja nigdy nie choruję.
No co za uparciuch! Dresy włożył, ale koszulki już nie!
Potem wujek Wasia — ach, tak, Wasilij Jakowlewicz! — śmiertelnie poważnie zaczął nas wypytywać o ten żart ze ślubem. Czy aby nie pobraliśmy się potajemnie? Czy nie jesteśmy małżeństwem? Jemu, który osobiście dopadł przodownika Diudenkę przy zmianie służby i pogadał z wąsaczem w cztery oczy, ten wcale nie wydał się żartownisiem. I czy aby nie jestem w ciąży? Bo jeśli jestem, to wszystko zmienia. Co dokładnie zmienia, sami rozumiecie, wstydziłam się zapytać, ale Artem chyba ojca zrozumiał. Zmierzył mnie dziwnym wzrokiem i spuścił oczy, nie kwapiąc się do zaprzeczania. A właściwie spokojnie jadł dalej makaron z parówkami, który mu dopiero co ugotowałam, podczas gdy ja, czerwieniejąc i blednąc, zapewniałam wujka Wasię — ach, tak, Wasilija Jakowlewicza! — że oczywiście nie! Że my z Artemem, jak by to ująć — jesteśmy bardzo ostrożni i w ogóle nie planujemy dzieci w najbliższej przyszłości. Przecież my nawet ślubu nie planujemy! Co za bzdury! Skąd w ogóle te poważne tematy!
Ale chyba mi nie uwierzył. Mężczyzna, jak przystało, zmył głowę synowi, cały czas zerkając na mój brzuch (w miejsce, gdzie był schowany pod stołem). A potem w ogóle zaczął się głupio и tajemniczo uśmiechać. A wszystko dlatego, że Sokół milczał. Raz powiedział „nie” i zamilkł, jakby to wystarczyło!
No a potem… Potem wydarzyła się wyjątkowo niefortunna niespodzianka. A właściwie — miła rzecz, gdyby nie jedno ważne „ale”, a nawet dwa, siedzące teraz w kuchni. I sama kuchnia też była „gdyby nie”.
— Co się stało, Czyżyk? — odezwał się Sokół, patrząc na moją twarz, która najpierw pobladła, a potem pokryła się plamami, gdy po odebraniu telefonu znów zajrzałam do mężczyzn, prosząc grzecznie Artema, by wyszedł do mnie na sekundkę. — Źle się czujesz?
— No proszę! — stęknął mu za plecami wujek Wasia i nawet palcem pogroził. — Mówiłem! Mdłości!
— Artem, zabijesz mnie!
— O co chodzi?
— Rozumiesz, przed chwilą dzwonił tata. Mój tata.
— I co z tego? — zdziwił się Sokół, opierając rękę o ścianę. Moje oczy natychmiast zareagowały. Chyba jeszcze nigdy nie przyglądałam się męskiej pasze i sutkom tak uważnie. — Wyjeżdżasz do domu? — wydusił. Wydawało mi się, że z żalem.
— Nie — pokręciłam głową. — Gorzej.
— Więc co?
— To oni przyjeżdżają tutaj, do miasta. Moi rodzice — podniosłam wzrok. — Właściwie, to już przyjechali! Powiedziałam, że jesteś chory i teraz nie bardzo pasuje, ale oni uparli się wpaść choć na minutkę! A tak w ogóle, to mają swoje sprawy! Oho-ho, niesłychanie ważne! — powtórzyłam kropka w kropkę słowa taty, sama nie bardzo w nie wierząc.
Sokół z trudem przełknął ślinę — jak ja mu współczułam!
— Rozumiesz, znam swoich starych. I tak by przyjechali! Ale nie spodziewałam się, że tak szybko! Miałam nadzieję, że mama dłużej utrzyma przed tatą w tajemnicy nowinę, że nie mieszkam już w wynajmowanym pokoju, tylko z tobą… Ojej, to znaczy u ciebie! A teraz, kiedy mam chłopaka i tata się o tym dowiedział… W każdym razie wybacz, Artem — przyłożyłam gorące palce do policzków i sama aż sapnęłam po tym wyznaniu — ale nie mogłam milczeć i podałam adres. Zaraz tu wszyscy będą!
— Ja pierdzielę!
— No właśnie!
— Wszyscy, to znaczy: mama i tata?
— Tak.
— Dobra, Czyżyk. Nie pękaj, damy radę. Mamę biorę na siebie.
— I jeszcze brat!
— D-dobra.
Westchnęłam, czując jak winnie ucieka mi wzrok. Ech, każdemu życzyłabym takich mięśni brzucha jak u Sokolskiego! I dlaczego ja mam taki miękki brzuch?
— I siostra. Dwie siostry.
— Oho — ręka Sokoła opadła.
„Oho” to mało powiedziane.
Beznadziejnie zamknęłam oczy i też opuściłam ręce wzdłuż szwów, gotowa na najstraszniejsze wyznanie.
— I jeszcze babcia.
— Czyja babcia? — chłopak zgłupiał, najwyraźniej przerażony skalą mojej rodziny, a ja wypaliłam strzał kontrolny:
— Moja! I wiesz, ciesz się, że dziadek nie przyjechał, bo w niedziele ma jogę w klubie seniora!
Trzeba przyznać Sokołowi, że zniósł to z godnością. Najpierw, wracając do kuchni, jak gdyby nigdy nic uprzedził ojca:
— Tato, sprawa jest… Zaraz wpadną do nas goście na chwilę — rodzice Anfisy. Ty, proszę, nie wyskakuj z tą nowiną o „stanie błogosławionym” ich córki, dobra? To nie są żarty. Nie jesteśmy gotowi na takie deklaracje, wszystko w swoim czasie. Zresztą to i tak nieprawda. I o bójce lepiej nie wspominaj, nie ma co ludzi straszyć, jaki to świr trafił się ich Czyżykowi.
— Dobrze, synu, ale… Dlaczego nie uprzedziłeś? Przynajmniej bym się przygotował, g-garnitur włożył. A teraz co mam zrobić?
— Tato, wyluzuj. Wszystko nieoficjalnie. Ludzie są przejazdem, dopiero co zadzwonili. Żadnych oświadczyn, zwykła rodzinna wizyta na herbatę.
— Co? Rodzinna? Artem, ty mnie nie strasz! Pobraliście się z Anfisą czy nie?!
— Tato, ty po prostu milcz, jasne? Resztą zajmę się sam!
I faktycznie się zajął! Najpierw założył koszulkę, potem zszedł do auta po prowiant. Potem jeszcze raz. Potem zagadał się z babcią Fisą, która kategorycznie odmówiła wejścia na górę, ale przyjechała z żywym kogutem i wełnianymi skarpetami dla „narzeczonego Fańki” i od razu mu to wszystko z serca wręczyła.
— Trzymaj, synku. Żeby ci zimą nogi nie marzły, a grzebień stał jak u tego koguta! — życzyła mu z powagą, ale nagle, zorientowawszy się w słowach, klepnęła się w usta. Odwróciła się i zaczęła włazić z powrotem do auta — starego busa taty, którego odkupił od szkoły trzy lata temu. Machnęła ręką, a ja pokryłam się rumieńcem wstydu niczym żyrafa plamami.
— Oj, nie słuchaj mnie, synku! Nie to miałam na myśli.
— Babciu Fis!
— Choć to też! Dobra, Fańka, ja lepiej w aucie posiedzę, gazetkę poczytam, bo znów coś palnę. Wciąż nie mogę przywyknąć, że wyrosłaś. A narzeczony twój mi się podoba — fajny chłopak! Nie chuderlak, wysoki, i wzrok nie taki maślany jak u tego byłego zdrajcy-adoratora. Oj — obejrzała się winnie — znów powiedziałam coś nie tak, co?
— Daj spokój, zapomnij, babciu Fis…
Potem Sokolski po męsku zapoznał się z bratem. A maluchy od razu wbiły zachwycony wzrok w „nowego”, bojąc się odetchnąć. Gdy weszły do mieszkania, zrzuciły kozaczki i pobiegły galopem do pokoju „cicho siedzieć”, o co poprosił tata.
— Ja pierwsza!
— Nie, ja pierwsza!
— Ojej, jaki telewizor!
— Ale wielki!
— A możemy bajki?
— Tak, puścisz nam bajki?
I chórem, gdy Artem wręczył bratu pilota:
— Ale czad!