SOVABOO
Rozdział 14, część 2
A ja zaprowadziłam rodziców do kuchni, by przedstawić ich Wasylowi Jakowlewiczowi. On z jakiegoś powodu wolał chować się właśnie tam. I też pokrył się plamami, nie wiedząc, gdzie patrzeć: czy na nas, czy na torby z prezentami w rękach gości.
— Anfisa, no po co tak oficjalnie? — zmieszał się mężczyzna, wstając z krzesła. — Lepiej tak, jak przywykłaś — wujku Wasio. Dzień dobry — podał tacie rękę, a ten, odchrząknąwszy w kułak, skromnie postawił na stole tort, a obok niego syrop na kaszel. — Wasilij Sokolski!
— Teodor! A to moja żona, Nadia — odparł tata. — A to dla dzieci — wskazał ręką na stół. — Anfisa mówiła, że Artem się przeziębił, więc my ten… Tam w torbie są pomarańcze i granat — dodał nie wiedzieć czemu. — Wasiliju, wybaczcie nam, że wpadliśmy bez zaproszenia. Chcemy tylko zobaczyć córkę i już uciekamy. Jesteśmy w mieście w interesach, więc zajrzeliśmy. Wiemy, że to mało dyskretne, ale musieliśmy się upewnić, że u Fani wszystko dobrze. Nie co dzień dowiadujesz się, że twoje dziecko prowadzi dorosłe życie. Nie tak łatwo to zaakceptować.
— Oczywiście, rozumiem — przytaknął wujek Wasia. — Sam nie mogę przywyknąć, że syn nie mieszka sam, przez co oberwało mi się dziś od niego za to, że rano wparowałem i go obudziłem. To niełatwe, Teodorze, racja. Ale skoro nasze dzieci są razem i wygląda na to, że to coś poważnego — to co, przyzwyczajamy się? — klasnął w dłonie i zaśmiał się niezręcznie. — A na początek wypijmy herbatę za poznanie! Tylko ten syrop… to niepotrzebnie. Mój Artem nigdy nie choruje!
A ja myślałam co innego, widząc jak u Sokolskiego błyszczą oczy od nadchodzącej gorączki i rozmyślając o tym, jakimi upartymi stworzeniami są mężczyźni. Nawet mój tata! Ile to lat obiecuje mamie, że przestanie opowiadać na rodzinnych imprezach historię o tym, jak to będąc studentem na samotnej wyprawie, złapał dwudziestokilogramowego suma i niósł go na plecach czterdzieści kilometrów do obozu, żeby wszystkich nakarmić. Ale za każdym razem opowieść powraca. I za każdym razem z mamą milczymy, udając, że nie zauważamy, iż pięć lat temu sum był o pięć kilo lżejszy, a dystans do obozu znacznie krótszy. Ale wiek dodaje wagi nawet historiom.
— Jeśli będziecie w naszych stronach, Wasiliju — wpadajcie w gościnę, skoczymy na ryby. Mamy piękne okolice — powietrze, jeziora! I Artema bierzcie ze sobą! Fańka całe dzieciństwo spędziła ze mną na biwakach! I łowić potrafi, i wie, jak rozpalić ognisko, jak rozbić namiot. Pamiętam, jak z chłopakiem z sąsiedztwa wiecznie się ścigali, kto złowi więcej kiełbi — córka zawsze wygrywała!
Mama nagle zakaszlała i przypomniała, że pora już iść. Tata się zgodził.
— Ma pan jeszcze dzieci, Wasiliju? — zapytał, dziękując za herbatę i gościnność. — Jeśli tak, przyjeżdżajcie do nas całą rodziną, będziemy radzi. U nas nie ma nudy!
Wasilij Jakowlewicz jakby się spiął, Sokół też. No i ja do towarzystwa: kto wie, co z tego wyniknie? Pomilczał chwilę, przygryzając wargi, ale w końcu odpowiedział:
— Tak, syna, dwanaście lat. Luka. Rówieśnik pańskiego.
— Wspaniale. Bierzcie i jego. Robert z każdym znajdzie wspólny język, a dziewczyny tym bardziej!
— Fańka, dlaczego ojciec Artema cały czas gapił się na twój brzuch? — zauważyła mama już w przedpokoju. — Jak on cię w ogóle traktuje?
— Dobrze mnie traktuje, mamo, nie martw się!
— A mi się wydało, że tak jakoś lekkomyślnie. Dziwnie się uśmiechał, patrząc na ciebie. Jakby to wszystko było niepoważne, albo wręcz przeciwnie — zbyt poważne i to go bawiło. Nie napomknął przypadkiem o jakiejś tajemnicy, o której my z tatą nie mamy pojęcia?
— Ależ skąd, mamo! — zapewniłam ją. — Co ty gadasz!
A sama spiekłam raka pod jej wszechwiedzącym spojrzeniem! Ależ się zaplątałam w tych kłamstwach!
Nic dziwnego, że wujek Wasia się uśmiechał, widząc co wyprawia jego starszy syn! Niby z pozoru wszystko wyglądało przyzwoicie jak na parę zakochanych, ale jak dla mnie — to była gruba przesada! Nie spodziewałam się tego po powściągliwym w emocjach Sokole. I choć Artem obiecał, że ogarnie sytuację, z takim podejściem do sprawy na bank nabawię się przewlekłej tachykardii!
Najpierw, bez zbędnych ceregieli, posadził mnie sobie na kolanach, gdy tylko stało się jasne, że czwarte i jedyne wolne krzesło w kuchni musi zająć ktoś inny. (A przecież mogłam postać!). Potem odgarnął włosy z mojego ramienia i oparł na nim podbródek. Pewnie położył rękę na moim brzuchu, przyciągając mnie do siebie, a na mój zdumiony i spłoszony wzrok odpowiedział beznamiętnie uniesioną brwią. Znów pogłaskał mnie po włosach, uśmiechając się do gości i wplatając palce w długie pasma.
Dokładnie tak samo prowokacyjnie i spokojnie ja sama jeszcze niedawno gładziłam go po ramieniu i klatce piersiowej w obecności Susanny i jej córki. Ale nie przypuszczałam, że podobny dotyk może przypominać mrowienie od prądu i być odczuwalny tak wyraźnie, jakbyś została odarta ze skóry i czuła każde muśnięcie obnażonymi nerwami.
Raz przykrywałam palcami, raz puszczałam dłoń Sokoła leżącą na moim brzuchu, czując, jak pod nią rozpala się żar naszego zbliżenia. Nie do końca rozumiejąc, co jest tego przyczyną — gorąca ręka Artema, jego narastająca gorączka, czy moja reakcja na ten dotyk i głupia kobieca wyobraźnia, zdolna wykreować pożądaną rzeczywistość z okruchu uwagi.
Mówię wam — tachykardia gwarantowana! Nic dziwnego, że wujek Wasia gapił się na mój brzuch i uśmiechał do własnych myśli, skoro cały czas wierciłam się tyłkiem na kolanach jego syna, nie mogąc znaleźć sobie miejsca pod ręką Sokoła. Artem musiał wiedzieć, jak działa na dziewczyny. Mógłby się zlitować i oszczędzić mi tych czułości! Aż strach pomyśleć, co bym poczuła, gdyby jego śmiała dłoń nagle powędrowała na moją pierś. I… albo gdzieś indziej?
Fuj, Fańka! Co za grzeszne myśli! I to przy rodzicach! O nauce myśl, dziewczyno! O sercu, które już raz przeżyło ból zdrady. O tym, że jeśli wierzyć, miłość kiedyś cię znajdzie, gdziekolwiek byś była — ta prawdziwa i wierna. Oczywiście — wręcz na pewno! — ten chłopak raczej nie okaże się takim przystojniakiem i łamaczem serc jak Sokół. No i co z tego? Ja też nie jestem odlana z marmuru jak Wenus! Zwykła dziewczyna!
Gdy tylko mama z tatą dopili herbatę, błyskawicznie zeskoczyłam z kolan Sokolskiego i uciekłam do przedpokoju. Ale on i tam mnie dopadł, łapiąc i — całkiem przyzwoicie jak na oczy rodziców — przytulając do boku. Tak zeszliśmy na dół, jako urocza parka. No, trzeba przyznać, Sokół spisał się na medal. Nawet tata go na pożegnanie uścisnął.
— Miło było cię poznać, Artem, naprawdę! Tylko nie skrzywdź Anfisy. To dobra dziewczyna.
— Tak, Teodorze Aleksandrowiczu, już to zauważyłem. Proszę się nie martwić.
— Ty też jesteś w porządku. Robisz wrażenie!
I to tata jeszcze nie wie, że nasz Sokół to lokalna szychta — gwiazda futbolu z międzynarodowymi perspektywami. Nie mam pojęcia, czy ściskałby go tak samo, wiedząc, kim on jest naprawdę, czy może złapałby córkę pod pachę i wywiózł do domu, żeby postawić do kąta, pukając się w czoło i wyzywając mnie od „naiwniaczek”.
Dziwne, że wujek Wasia milczał. On to dopiero jest dumny z syna, widać gołym okiem. Pewnie na tej strunie gra Susanna, manipulując nim, gdy proponuje swoje sposoby na „urządzenie” życia Artema.
A może ona ma rację? I u boku kogoś takiego jak Sokół miejsce jest dla tej bladej piękności Ilonki? I będą żyli godnie, drogo i przykładnie. Jak Susanna! Żadnych nalotów szalonej rodzinki, tylko zamknięte imprezy typu „White party”, wizyty według grafiku i kolacje w modnych restauracjach, wyłącznie w towarzystwie ludzi odpowiedniej rangi.
A niech to szlag! Ja i tak kocham moją rodzinę! A oni mnie! Niechby im tylko powiedzieć, że jutro Fańka rzuca studia i idzie zmywać podłogi w tej samej restauracji — czy się mnie wyrzekną? Odwrócą się? Będą kochać mniej? Nie. Więc czego mi, u licha, więcej potrzeba? Niech przyjeżdżają, albo ja do nich, bylebyśmy wiedzieli, że się mamy! A Sokoła przeproszę, głupio wyszło. Może ugotuję mu coś dobrego. No bo jak inaczej zatrzeć ten niezręczny moment?
Podeszłam do auta i ucałowałam brata w policzek, potem małą Nicole — ta, parskając śmiechem, szybko wskoczyła do środka. Złapałam Michelle, ale siostrzyczka spojrzała na mnie z wyrzutem, zazdrością i nagle wybuchnęła płaczem. Odwróciła się do taty, robiąc minę jak mopsik i gubiąc słowa przez szlochanie.
— Myszko, co się stało?
— Taaa-too! Ja teeż chcę takieeego Artemaaa! Jak u Fańkiiii…
Coś podejrzewałam, widząc jak przez ostatnie dziesięć minut Michelle stała w korytarzu i gapiła się na Artema zza drzwi kuchni, ale i tak mnie zatkało. No i masz — siła męskiego uroku!
— Takieeego samego — dolna warga siostry zadrżała — chcęęęę! I telewizooor!
A tata odpowiedział pewnie, nie zważając na łzy i małe piąstki wycierające mokre policzki, biorąc małą na ręce.
— Będzie! Na pewno będzie! Jeszcze większy i ładniejszy, od Mikołaja!
— Naprawdę?! — sapnęła cwaniara Michelle. — Z prezentami?!
— No jasne! Czy ja kiedyś kłamałem?
Rodzice odjechali, wujek Wasia też. Pod klatką zostaliśmy sami, a ja odwróciłam się do Sokoła. Chłopak patrzył na mnie uważnie i ponuro.
— No, co za poranek! Było wesoło, co nie? — zapytała nienaturalnie żwawo, nie wiedząc, czy bardziej chce mi się płakać, czy śmiać z tej całej niezręczności.
— No, nieźle.
— Obraziłeś się? — od razu straciłam rezon.
— A o co?
Nie znalazłam dokładnej odpowiedzi, więc wzruszyłam ramionami. Po prostu było mi bardzo głupio. Przez wszystko.
— Chyba jesteś niezadowolony.
— Nie — Sokolski westchnął i wsunął ręce do kieszeni. Lekko pochylił głowę — w końcu był ode mnie o wiele wyższy. — Chyba myślę.
— O czym?
— O tym, Czyż, że po tym wszystkim, co nas łączyło, po tym kogucie i skarpetach od twojej babci, jako uczciwy człowiek muszę się z tobą ożenić.
Wszystkiego bym się po nim spodziewała, ale nie takich słów. Nawet zdenerwowanie jak ręką odjął! Znaczy, naprawdę się nie gniewa. Wybuchnęłam śmiechem. Tak samo jak on wczoraj. Śmiałam się z ulgą, wdychając pełną piersią mroźne powietrze.
— Głupi jesteś, Artemku! Żeby się żenić, kogut nie wystarczy. Skarpety nas nie uratują. Trzeba kochać, Sokolski, inaczej całe życie będziesz nieszczęśliwy. A ja chcę, żebyś był szczęśliwy — wyznałam nagle, czując, że to prawda. — Jesteś zupełnie inny, niż widzą cię inni.
— Gorszy? — uśmiechnął się niewesoło.
— Lepszy. O wiele lepszy!
A do tego jesteś czyściochem i pachniesz niesamowicie. Tak obłędnie, że każdej dziewczynie zabraknie tchu. Ale tego mu oczywiście nie powiem. Tak jak nie przyznam się do tego, o czym czasem myślę, patrząc na niego.
Ojej, chyba się zagapiłam. Strząsnęłam z siebie zmieszanie pod jego szarym spojrzeniem, podeszłam bliżej i przyłożyłam rękę do jego rozpalonego czoła.
— Masz gorączkę, Sokolski, i to już niemałą. A przy wysokiej temperaturze mózg produkuje dziwne myśli. Chodźmy do domu, co?
Z jakiegoś powodu milczeliśmy. Tak było bezpieczniej dla mojej równowagi psychicznej. Dziwne milczenie dwojga ludzi w jednym mieszkaniu po tak głośnym poranku. Tylko zerkaliśmy na siebie ukradkiem, zmieszani, jakby coś nieuchwytnego zmieniało się między nami i oboje nas to dziwiło.
— Sokolski, no dlaczego ty jesteś taki uparty? Przecież widzę, że źle się czujesz. Czy to takie trudne…
— Czyż, przestań. Czuję się świetnie. I tak nie uda ci się zaciągnąć mnie do łóżka.
No i znowu: wymiana spłoszonych spojrzeń i odwrót. No co za pech! Nawet zwykłe słowa wydają się mieć podwójne, ekscytujące dno! I wyobraźnia podsuwa dziwne pytania: a czy naprawdę by się nie udało? Gdybym tak, no wiecie, naprawdę chciała go tam zaciągnąć?.. Nie wyglądało na to, sądząc po tym, jak mnie obejmował i szeptał „Anfisa”, żeby była mu jakoś strasznie niemiła. Do tej pory mam ciarki, gdy wspomnę, jak wypowiadał moje imię. Przecież mi się nie zdawało?
Nie, nie będę o tym myśleć. Nie bę-dę! To tylko hormony i nic więcej! To tylko Sokolski, który każdą dziewczynę doprowadziłby do obłędu samą swoją bliskością. O tym zainteresowanym, szarym spojrzeniu już nie wspomnę! Widziałam, jak ta blondynka wczoraj na niego leciała, niemal go wymacała wzrokiem. Tak usilnie chichotała, by zwrócić na siebie uwagę. I gdyby tylko ją zawołał — poszłaby. Poszłaby z nim, pewnie nawet do tego mieszkania i do tego łóżka, gdyby nie spała w nim dziś dzika lokatorka Czyżyk.
Jak zwykle dzieciakom wystarczyło pół godziny, by zamienić salon Sokoła w salę zabaw. Doprowadziłam fotele do porządku, podniosłam głowę i spojrzałam na chłopaka — właśnie chował odkurzacz, pochylony przy podłodze. Wyprostował się. Nad paskiem bielizny, na smukłych plecach, mignęły dołeczki tuż nad pośladkami. I znowu wzrok powędrował do jego szerokich ramion. No tak, nie bez powodu dziewczyny ślinią się na widok Sokoła i tłumnie biegają na mecze. Przyjemnie jest na niego po prostu patrzeć, a co dopiero obserwować grę kapitana… Ale ja nie jestem „każdą dziewczyną”. Jestem twarda, silna i mam trzeźwe spojrzenie na świat! Nie gorsza i nie lepsza od innych. Jestem tą, która już się sparzyła, zmieniając się kiedyś z tej „jedynej i wyjątkowej” w jedną z wielu.
Wiem też, jak takie zakochania się kończą — łzami i gorzkim rozczarowaniem. A dzielić się swoim nie potrafię i nie chcę, inaczej wciąż byłabym z byłym. Nie, to zdecydowanie nie dla mnie. Dlaczego więc mam wrażenie, że z Sokołem ciągle chodzimy za sobą krok w krok, udając, że tylko przez przypadek zderzamy się czołami to w kuchni, to w korytarzu, to w pokoju? A może naprawdę tylko mi się wydaje?
Sokolskiemu faktycznie się pogorszyło — oczy mu zaczerwieniały, policzki też, ale uparcie nie chciał uznać się za chorego. Pogadał przez telefon z trenerem, potem z jakimś kumplem…
— Nie, nie liczcie na mnie, dzisiaj nie wpadnę. Nie chcę. Auto niech stoi. Tak, do zobaczenia… khee, khee — zakaszlał w kułak i sam się zdziwił: — C-cholera.
Postanowiłam nie kombinować i skoro miałam koguta od babci, a w domu chorego — ugotowałam rosołek. Taki, że aż chciałoby się gości zapraszać! I nagle, nie wiedzieć czemu, przypomniałam sobie o Ilonce.
— Artem, może zjesz? — odciągnęłam jego uwagę od komputera. — Zrobiłam zupę.
— A ty, Czyżyk? Pachnie obłędnie.
— Ja też.
— Pyszne. Gdzie ty się tak nauczyłaś gotować? Chyba nigdy nie jadłem nic lepszego.
— Daj spokój — aż się zaczerwieniłam. — W domu. Widziałeś moją rodzinkę głodomorków. Sam Robik ile potrafi zjeść! — uśmiechnęłam się. — Kiedy dziewczynki się urodziły, na początku było bardzo ciężko, mama prawie nie spała, więc musiałam pomagać. Tak się nauczyłam.
— Masz fajną rodzinę, taką zżytą.
— Tak. Ciebie ojciec też bardzo kocha, to widać na pierwszy rzut oka. Artem?
— Mhm?
— Nie wiedziałam, że masz młodszego brata, nie mówiłeś.
— Mam. Luka. Rzadko się widujemy, mieszka z matką. Chyba… chyba chciałbym go z tobą poznać.
— Ze mną?
Sokolski podniósł wzrok, jakby sam był zdziwiony tym, co powiedział. Wzruszył ramionami, odsuwając talerz:
— Tak. On jest strasznie zazdrosny o moich kumpli, choć żadnego nie zna, ale myślę, że ty byś mu się spodobała.
Spojrzałam na zegarek, wstając od stołu i starannie ukrywając pod pośpiechem zmieszanie, które mnie ogarnęło. Odstawiłam naczynia do zlewu, nalałam Artemowi herbaty i znów odważyłam się poruszyć temat, który martwił mnie najbardziej. Patrzyłam, jak leniwie sięga po kubek, jakby był śmiertelnie zmęczony, i jak rozmasowuje kark.
— Wiesz, Sokolski, widzę, że się upierasz i oczywiście sam o sobie decydujesz, ale powinieneś odpocząć — i to już teraz. Za godzinę idę do pracy, muszę się jeszcze zebrać, więc postaram się wyjść szybko, żeby ci nie przeszkadzać. Gdybyś chociaż zmierzył temperaturę, byłabym spokojniejsza. I jeszcze… mogę do ciebie zadzwonić z pracy? Jeśli nie masz nic przeciwko?
— Dobra — Sokół skinął głową. — Zaraz, jak to: z pracy? — oprzytomniał, wstając gwałtownie. — Z jakiej pracy? Po co? — zrobił krok w stronę drzwi, zagradzając mi przejście. — Czekaj, Czyżyk! Przecież pracowałaś wczoraj! Co z wolnym?