Rozdział 3, część 3
Szafki. Lodówka. Półki. Makaron instant. Chipsy. Pół butelki coca-coli. Sól. Musztarda. Ketchup. Znów makaron instant – zapas na tydzień. Pusty woreczek po słonych krewetkach. Zupka chińska. Suchy popcorn do mikrofalówki… Czy on sobie żartuje?! Z cukrem mu, serio?! Ja nawet herbaty znaleźć nie mogę!
Zajrzałam do lodówki… I tu mysz z tęsknoty się powiesiła! Nie, no ja tak nie gram! Już widzę, jak Susannoczka z córeczką rechoczą, patrząc na moją czerwoną ze wstydu buzię.
A może im z coca-colą makaron instant zaproponować do pogryzienia? A co, Sokolski wcina, i nic!
Poszłam szperać po szufladach. M-hm, ładna kuchnia u Sokoła, przestronna, i meble drogie, tylko co z tego. Aż chciało się wpuścić tu moje czteroletnie siostrzyczki z flamastrami i okropnym pociągiem do piękna. Ojej, chyba czajnik zagwizdał. Już? No to wpadka!
Jest! Znalazłam herbatę! I cukier! Hurra! Zabiję Sokolskiego – szybko-skrzydły tępak! No kto stawia herbatę na parapecie! I to jeszcze za zasłoną! Ale nastrój wyraźnie się poprawił. Jeszcze bardziej się poprawił, gdy, chichocząc, wsypałam właścicielowi dwie łyżeczki cukru… i, pomyślawszy, dodałam jeszcze sześć. A żeby mu się wszędzie posklejało! Wtedy na pewno mnie nie dogoni! A do tego… Eureka! Mam przecież kanapki! Co prawda tylko dwie, za to myśl, że z kawiorem – od razu mi ulżyło. A niech goście myślą, że tu każdego ranka tak się śniada!
No co za gospodyni ze mnie, pęknąć ze śmiechu! Zostało tylko pokroić kanapki na części, żeby Ilonka się nie przejadła, i można uznać, że jesteśmy z Sokołem rozliczeni!
Ustawiłam na stole parujące filiżanki i wsłuchałam się w głosy z pokoju.
Ryk-ryk. Pisk Ilonki. Ryk-ryk. Emocjonalnie wysokie Susanny. Ryk-ryk – gniewne mężczyzny i ostre Sokoła. Oj, znowu Ilonka. Ciekawe, czy Sokół obroni swoje terytorium przed ojcem, czy nie? Może, zanim mi namydlą szyję za całą tę niechcianą maskaradę, lepiej samej wszystko zjeść i zmyć się?
Za późno.
Sokolski docenił moje starania, ponownie zamieniając się w Sokoła wyłupiastego, ale dziewczyny jego taty – nie bardzo. Tak spoglądały na nas nieprzyjaźnie, wyciągając walizkę z mieszkania.
Obronił, znaczy.
– No to ja pójdę? – Za gośćmi zamknęły się drzwi wejściowe, a my z Artemem zostaliśmy sami w przedpokoju. Wzrokiem odnalazłam swoje rzeczy i sięgnęłam ręką po czapkę. Czyżby wreszcie można było odetchnąć? Cóż za poranek!
– Stój.
– Co, znowu? – zdziwiłam się, odwracając się do chłopaka. – Coś się stało? Jędza już poszła.
– Jak poszła, tak i wróci – odpowiedział wyraźnie posępny Sokolski. – Ta furia łatwo pozycji nie oddaje. Ona wie, że ja nie wiążę się na długo, więc na pewno odprawi ojca i zjawi się dziś wieczorem ze swoją córeczką. Żeby nawiązać kontakt.
– A ta Ilona, to naprawdę już prawie twoja przyrodnia siostra?
– Nie wiem. Ojciec już od roku romansuje z Susanną, ale do wczoraj nie spieszył się z ożenkiem. O nowinie dowiedziałem się w drodze do miasta, dlatego wróciłem. Chciałem odwiedzić. Ojciec ma wystarczająco pieniędzy, ale odwagi i zdrowia już nie bardzo. Z łatwością może w każdej chwili zmienić zdanie, dlatego Susanna stara się umocnić pozycje, żeby mieć pewność.
– Jasne. A ja tu co?
– A to, że nie zapraszałem cię do siebie!
– Ależ ja tłumacz…
– Zamknij się!
– Słuchaj, ty! – tak się oburzyłam, po prostu koszmar! Ja mu tu kanapki, rozumiesz, od serca odrywam, herbaty zaparzam, a on! Nie brakowało mi jeszcze, żeby jakieś parzystokopytne zamykały mi usta. – Całkiem ci odbiło?!
– No cicho bądź! – przerwał mi chłopak. – Potrzebna mi twoja pomoc. Tylko pod warunkiem, że nie zakradłaś się tu chytrze, żeby się ze mną spotkać.
– Co?
– No, może wymyśliłaś sobie jakieś dziewczęce brednie o miłości od pierwszego wejrzenia, nasłuchałaś się koleżanek. Myślisz, że jesteś jedyna w swoim rodzaju? Ja się nie spotykam, rozumiesz? Z nikim. Ja tylko śpię. Chcesz ze mną spać?
I dlaczego ta jego mina stała się taka paskudna? No proszę, i o gustach zapomniał.
– No idź ty! – natychmiast się nastroszyłam. – Indyku! W las! Potrzebny mi jesteś jak psu piąta noga! Trzy dni, trzy minuty i trzy sekundy! Kichałam na ciebie, rozumiesz!
Prawda, trochę mnie poniosło, ale on też nie ma racji. Widocznie moja twarz powiedziała wszystko lepiej niż słowa, bo Sokolski chyba uwierzył. Też mi księżniczek! Ja bym z takim w ogóle pod jednym krzakiem nie usiadła, no, rozumiecie…