SOVABOO

Zimowy sen Malinki

Ch. 3: Rozdział 3

Rozdział 3

Розділ 3/34 · Сторінка 1 з 26%

Mimo wszystko chęć poprawienia swojej sytuacji materialnej to najsilniejszy bodziec dla człowieka! „8:02” rano, a nasi już wszyscy zebrali się w szerokiej recepcji „GBG-projektu” i teraz dreptali pod gabinetami szefostwa, aż sekretarka — dziewoja w nieokreślonym wieku z szalonymi lokami na głowie, nie wytrzymawszy, wstała zza biurka i posadziła wszystkich rzędem pod ścianą. Jeszcze syknęła surowo, obrzuciwszy naszą ferajnę spojrzeniem kwoki: ciszej, niby. Patrzcie ich, rozgadali się!

A jak się nie rozgadać, kiedy tu los, rozumiecie, wisi na włosku? A dookoła taka perspektywa, że patrzysz i rozumiesz: oto ono, przyszłość! I nowy telewizor, i smakołyki, i wypoczynek nad morzem. A ty stoisz na stacji „Pipidówka” w rozciągniętych dresach, trzymasz nogę na pedale starego roweru i patrzysz, jak obok przelatuje nowiutki ekspres „Wiedeń-Paryż”. E-ech!

Jeszcze wcześniej Żanna Arnoldowna wyjaśniła wszystkim, że rozmawiać z nami zechciał sam dyrektor techniczny. Że na rozmowie będą obecni dwaj GIP-owie (główni inżynierowie projektów), kierownik działu kadr i sekretarka generalnego. Ale w rzeczywistości ludzi okazało się dwa razy więcej. Po pierwsze, pod recepcją przeczekaliśmy prawie dwie godziny (nie wiem, po co spędzili nas na ósmą), a po drugie, dowiedzieliśmy się, że techniczny ma na dziesiątą ważną naradę (dziwni ludzie!). I właśnie pod tę naradę zaczęto nas mimochodem zapraszać do gabinetu po jednym.

Akurat zajrzałam do toalety, kiedy po powrocie odkryłam nieobecność Żanny Arnoldowny. Z szeptów naszych zrozumiałam, że w gabinecie technicznego przybyło ludzi.

— Zaczęło się, Maszka! Diewiatko wezwali! Ciekawe, długo będą ją mę… — ale Szlapkin nie zdążył dokończyć.

Nasza była główna inżynier wyszła z gabinetu biała jak ściana, obwiodła wszystkich tragicznym spojrzeniem i gestem kazała wchodzić następnemu.

— No i jak? — z Jurką dopadliśmy byłą szefową, gdy nasze dziewczyny ruszyły do boju. — Wzięli panią?!

— A diabli ich wiedzą, dawno się tak nie denerwowałam. Chcę zapalić! — tyle tylko powiedziała Arnoldowna, podeszła do biurka sekretarki, zgarnęła z wazonu garść landrynek i poczłapała sobie do schodów.

No jasne: człowiek ma stres. Z Jurką zgodnie wyszczerzyliśmy zęby do zdumionej dziewoi w lokach, spojrzeliśmy po sobie i znów usiedliśmy pod ścianą. Zaczęliśmy stukać czubkami butów o podłogę — prawy-lewy; prawy-lewy, aż drzwi znowu się otworzyły.

— No, co tam? Co powiedzieli?! — zapytałam Waleczkę Galaninę, kiedy ta, cała purpurowa i spocona, wyszła z gabinetu i oparła się o drzwi porządnym tyłkiem.

— Uff! — przewróciła oczkami. — Powiedzieli, że zadzwonią.

— I tyle? — rozczarowana uniosłam brwi.

— Aha — dziewczyna uśmiechnęła się z poczuciem winy. — Chyba ich nie zachwyciłam.

— Ty?! — ze Szlapkinem rozdziawiliśmy usta.

Waleczka przepracowała w „SNiPTechPromGazie” pięć lat. Za inżyniera uchodziła takiego sobie, ale była dziewczyną miłą i ładną, a co najważniejsze, z tak imponującym biustem w rozmiarze sześć, że nawet ja w tej chwili wpatrywałam się w jej pokryty plamami, „oddychający” dekolt.

A Jurka w ogóle przełknął ślinę.

No, koniec! Po mnie, jak nic! Jeśli wcześniej jeszcze drżałam i się martwiłam, to teraz przestałam. Czym jest mój jeden rok stażu wobec pięciu Galaniny? O biuście już w ogóle przemilczę.

Nie, biust to ja też miałam, własny, i taki, że pokazać nie wstyd. Ale właśnie w tym rzecz, że Waleczka swój pokazała, a rozmowa za drzwiami trwała trzy minuty. I nawet jeśli w biurze pracowałam za dwoje, brałam robotę do domu i, według Arnoldowny, posiadałam rzadki rodzaj intuicji — konstrukcyjnej… Trzeba umieć spojrzeć prawdzie w oczy. Nie jesteśmy im tu potrzebni, i tyle!

Wystarczy, że techniczny dowie się z mojego CV o dzieciach, i Malinkina pomaszeruje prostą trasą do wyjścia.

— Maszka, idź już! Zostaliśmy we dwoje — Szlapkin westchnął i popchnął mnie ku drzwiom.

— Jur, a może lepiej ty? Coś mi się już odechciało.

Jurka wyprężył się i burknął.

— Bez paniki! Osłonię ci tyły jak facet!

Facet był chudy, drobny, z kurzą grdyką i lichym kucykiem. Za to szczęki zacisnął u-u-uch! Prawdziwy torreador! Dać mu do ręki czerwoną płachtę i ostrą pikę, i można puszczać do technicznego.

Nagle wyobraziłam sobie ten obrazek i nerwowo zachichotałam. A, raz kozie śmierć! Co ja, koniec końców, tracę?

— No, skoro jak facet… To poszłam, Szlapkin! — spojrzałam na swojego wczorajszego kolegę i klepnęłam Jurkę po ramieniu: — Dobra, połamania nóg!

 

Oho! Ludzi w gabinecie rzeczywiście się nazbierało. A sam gabinet był wielkości całego naszego biura. Za długim stołem roboczym siedziało jakieś dwanaście osób. Na czele, jak należało rozumieć, siedział sam dyrektor techniczny (prościej mówiąc — główny inżynier całego „GBG-projektu”) — solidny facet pod pięćdziesiątkę z dwoma podbródkami i w okularach. Zresztą wszyscy tutaj wyglądali solidnie — nawet dwie panie. Ale nie zaczęłam im się przyglądać.

— Dzień dobry! Można? — dla przyzwoitości sekundę podreptałam przy progu i weszłam. Stanęłam równo na środku dywanu.

— Dzień dobry, proszę pani. Jakie ma pani nazwisko? — zapytał ważny facet, kartkując skoroszyt, zapewne ze zbiorem CV. — Pani co, do nas prosto po uniwersytecie?

Choleeera, zabiję Nataszkę! Razem z Żorikiem! Oto co znaczy brak sensownej fryzury i makijażu!

— Niezupełnie. Uniwersytet skończyłam dwa lata temu, w firmie „SNiPTechPromGaz” przepracowałam jako inżynier rok. A moje nazwisko to Malinkina.

— Malinkina, znaczy… — facet w końcu znalazł moje CV i przebiegł po nim wzrokiem. Zdziwiony uniósł koniuszek brwi, zanim podniósł na mnie oczy.

Wszystko jasne. Przeczytał o moich malinkach. Nadal patrzyłam na dyrektora, uznawszy, że nie mam się czego wstydzić. Można by pomyśleć, że dzieci to wyrok.

Tak! Mam je! I, swoją drogą, nigdy nie chorują!

No, praktycznie nigdy. Nie licząc przeziębień, glutów i różnych wirusów.

Tu postanowiłam nie zapeszać i trzy razy splunęłam w myślach. I wszystkie trzy razy na łysinę technicznego. Ten, jakby poczuł, wyjął chusteczkę do nosa i się otarł. Spojrzał z lekką przyganą — aż trochę się zaczerwieniłam. Przypomniawszy sobie maluchy, obiecane smakołyki i telewizor, odetchnęłam, pewnie podałam swoją specjalność i zaczęłam wyliczać bojowe zasługi. No przecież nie przyszłam tu zapalić?

— …Zajmowałam się opracowywaniem i przygotowywaniem dokumentacji eksploatacyjnej, a także uczestniczyłam w projektach prowadzonych przez dział.

— Główny profil pani pracy w ostatnich miesiącach?

Kłamać nie zaczęłam:

— Analizowałam rynek przetargowy. Jego charakterystykę, głównych uczestników, oferty i etapowe schematy udziału w przetargach komercyjnych — przede wszystkim specyfikację interesujących projektów i efektywność zakupów.

— Czyli, że tak powiem, konsolidowała pani informacje zamknięte?

— Nie zawsze zamknięte, ale tak. Można tak powiedzieć.

— A jeśli zapytam panią bezpośrednio o projektowanie?

— Odpowiem, że bardzo mnie to interesuje! — natychmiast się odnalazłam.

— Proszę powiedzieć, Mario, jeśli wziąć pod uwagę cały pani zespół, kogo ze swoich współpracowników rekomendowałaby pani nam do pracy? Proszę wymienić dwie osoby.

Pomyślałam i odpowiedziałam:

— Diewiatko i Szlapkin. Są najlepsi.

— A pani? — i taki miał za okularami podły, chytry wzrok.

Розділ 3 / 34 · Сторінка 1 з 2