SOVABOO

Zimowy sen Malinki

Ch. 4: Rozdział 4

Rozdział 4

Розділ 4/34 · Сторінка 2 з 210%

Żorikowi, szczerze mówiąc, też życzyłam. W ogóle moim zdaniem ta dwójka idealnie do siebie pasowała. Spotykali się już pięć lat i pewnie dawno by się pobrali, gdyby nie jedno ważkie i tłuste „ale”.

Żorikowi Libermanowi stuknęła trzydziestka i mieszkał z mamą. Nie po prostu z mamą, ale z Mamą przez wielkie M. No, rozumiecie, tak? Kobietą mocnej budowy, lecz bardzo słabego zdrowia — Izoldą Moisiejewną. Którą Fiejeczka nazywała nie inaczej niż Łzą Krokodylowną.

Swojego syna Krokodylowna bardzo kochała i szaleńczo zazdrościła go Nataszce.

Lekarz stomatolog, inteligentny i cichy chłopak, kiedy poznał Fiejakinę, okazał się prawiczkiem i przez pierwsze trzy lata związku ukrywał Fiejeczkę przed matką, a kiedy do tamtej doszły plotki, że jej Żorik zadaje się z „fryzjerzyną” — wybuchł straszny skandal.

Kobiety „przypadkiem” się spotkały i Nataszka dowiedziała się o sobie wielu nowych rzeczy. I wszystko byłoby niczym, gdyby Żorik stanął w jej obronie. Ale zamiast tego odszedł z mamą (a dokładniej, ona go „wyprowadziła”). A potem wrócił. Potem znów odszedł. I znów wrócił…

Przy tym Nataszkę naprawdę kochał. W chwilach ich spokojnego życia gotował przyjaciółce zupki, kupował prezenty i patrzył na Fiejeczkę jak Pigmalion na swoją Galateę — z czułym uwielbieniem. I właśnie ten ostatni fakt, moim skromnym zdaniem, okazał się dla Krokodylowny kulą prosto w serce.

Krótko mówiąc, minęło pięć lat, a Żorik wciąż nie poukładał sobie spraw ze swoimi kobietami. Kiedy przeprowadzał się do Nataszki, mamę dopadał zawał serca — koniecznie z wezwaniem karetki, kroplówkami i natarczywymi telefonami do syna ze szpitala. Inny człowiek już by umarł, a Krokodylowna, gdy tylko Żorik wracał do domu, cudownym sposobem zmartwychwstawała.

Przez ostatnie dwa lata te ataki powtarzały się z godną pozazdroszczenia regularnością i wczoraj, kiedy w mieszkaniu przyjaciółki znów zadzwonił telefon (akurat podczas intymności), Fiejeczce pękła cierpliwość.

„Przegrałam. Napijmy się, Maszka!

— Za co? Za nas?

— Oczywiście! A jeszcze za to, żeby słowo «suka» stosowano wyłącznie do czworonożnych samic psa domowego!”

Tak właśnie przesiedziałyśmy wczoraj z Fiejakiną do trzeciej w nocy w objęciach martini, a dziś przyszła moja kolej ciężko wzdychać.

— No, co tam było, Maszka? W „GBG-projekcie”? Opowiadaj! Nie chcę mówić o Żoriku!

No to opowiedziałam.

— No, nie wzięli, wielkie rzeczy! Życie się na tym nie skończyło! Sama mówiłaś, że szansa na zatrudnienie jest mała. Poszukamy czegoś! Czemu się tak przejęłaś, Malina? To do ciebie niepodobne.

— Nie wyobrażasz sobie, kogo tam dzisiaj spotkałam.

— Kogo?

— Dimkę Gordiejewa.

Fiejeczka akurat wsunęła do ust cukierek i zamierzała kulturalnie popić go kawą, kiedy na tę wiadomość prawie się zakrztusiła, bo musiała wszystko szybko przełknąć. W szkole Gordiejew bardzo jej się podobał.

— Co ty mówisz?! — Nataszka rozdziawiła usta. — Gdzie?! Przecież wyjechał za granicę!

— Czyli już wrócił. Spotkałam go prosto w gabinecie technicznego, na rozmowie. Siedział tam nadęty jak żuk.

— I co?

— I nic. Wyobrażasz sobie, nie poznał mnie.

Fiejeczka ryknęła śmiechem, a ja się naburmuszyłam.

— Przestań rżeć, Nataszka. Mówię poważnie.

— Ojej, nie mogę! Ciebie?! — przyjaciółka wciąż nie mogła uwierzyć. — Niemożliwe, Malina! Jemu pamięć odjęło? Czy życie go tak poturbowało?

— Nic mu nie odjęło i wszystko doskonale pamięta. Ale powiedział, że widzi mnie pierwszy raz.

I znów opowiedziałam wszystko, wszystko. Nawet o śnieżnobiałym mankiecie.

— No ga-a-ad! — przejęta westchnęła Nataszka.

— Dupek, bez dwóch zdań!

— Słuchaj, Maszka, a jaki on się zrobił — Gordiejew? Nie widziałam go od szkoły. Pamiętasz, jak mi się podobał? Nawet wystawałam za nim na przystanku i wyznawałam mu miłość — w czwartej klasie. Ale byłam głupia!

— Pamiętam. A jeszcze pamiętam, że podobali ci się Lognicki, Jusupow i Derewianko. I wszystkim wyznawałaś miłość.

— Bywało. Ale za Gordiejewem szczerze usychałam najdłużej. Miał takie odjazdowe usta, m-m…

— No… Zrobił się z niego gruby, łysy i zezowaty wieprz.

Fiejeczka aż westchnęła, omal nie rozlewając kawy. Wybałuszyła oczy.

— Niemożliwe?? Dimka?!

Westchnęłam i przyznałam:

— Bardzo bym chciała, Nataszka, żeby taki się zrobił.

— A naprawdę?

A naprawdę…

— Nie zdążyłam mu się specjalnie przyjrzeć. Ale najpewniej uprawia sport. Ramiona — o takie! — i pokazałam rozmiar poglądowo.

— O rany!

— Aha.

— W szkole trenował pływanie i bieganie — kiwnęła przyjaciółka. — Chodziłam z nim na ten sam basen. Nawet razem skakaliśmy z wieży. Tylko on na główkę, a ja na bombę.

— I zapuścił włosy. Pamiętasz, że zawsze miał jeża?

— Pewnie.

— No więc teraz jeża nie ma.

— A co jest? — kolejny cukierek zniknął za policzkiem Nataszki.

— Czupryna jak u młodego Banderasa. No, może trochę krótsza.

— No weź!

— Aha. Dlatego się zdziwiłam, że Dimka tak się zmienił, i nie wytrzymałam. A w ogóle siedział za stołem. Może ma tam brzuch jak dwa arbuzy! I nogi mu się pokrzywiły. Bardzo bym chciała!

— Oj, coś słabo mi się w to wierzy, Maszka — zwątpiła Fiejakina, a ja musiałam się z nią zgodzić.

— Fiejeczko, co za różnica. Najważniejsze, że jestem dla niego jak kurz! Rozumiesz? Pierwszy raz mnie widzi! A przecież siedzieliśmy razem cztery lata. Wciąż pamiętam, jak temperował mi ołówki. Jak coś takiego jest możliwe, co? Nie rozumiem.

Nataszka zawahała się, ale jednak powiedziała:

— Słuchaj, Malina, a pomyślałaś już o ich pokrewieństwie z Mamlejewem? Może to przez Kiryła? Plotki przecież na pewno doszły.

— Pomyślałam — przyznałam — ale nie chcę w to wierzyć. A nawet jeśli tak — niech wszyscy spadają! Malinki są moje!

— Otóż to! Tyłem naprzód i w głęboką „D”! I Gordiejew też tam!

— I Gordiejew!

Dopiłyśmy kawę, zjadłyśmy cukierki i na pożegnanie cmoknęłyśmy się w policzki.

Mimo wszystko dobrze, że mam Fiejeczkę!

Розділ 4 / 34 · Сторінка 2 з 2