SOVABOO

Zimowy sen Malinki

Ch. 4: Rozdział 4

Rozdział 4

Розділ 4/34 · Сторінка 1 з 29%

Skrzydełka się złożyły, szczęka opadła, a uśmiech skwaśniał.

— Co? Jak pierwszy raz? Dima, co ty? To ja, Malinkina! — zdumiałam się. — Przecież przez całą podstawówkę siedzieliśmy w jednej ławce. Jeszcze nie dawałeś mi ściągać i przezywałeś mnie Maliną!

Wierzcie mi, zgłupiałam. Oczywiście minęło całe sześć lat i wielu naszych kolegów z klasy przybrało na wadze, jak na przykład Rodik Jaszyn, albo schudło, jak Olka Kizilowa, ale mimo wszystko zostali swoimi ludźmi. No przecież nie zmieniłam się przez ten czas aż tak, żeby nie dało się mnie poznać? Nie przytyłam (nie licząc strategicznych miejsc), nie zmieniłam koloru włosów, nawet się nie obcięłam! Więc dlaczego?

Gordiejew uniósł rękę, sięgnął po karafkę i niewzruszenie napełnił wodą wysoką szklankę, demonstrując na nadgarstku blask drogiego zegarka i śnieżnobiały mankiet koszuli. Pił powoli, tak ani razu na mnie nie spojrzawszy. Towarzystwo przy stole ucichło i nastawiło uszu, a ja…

A ja zrozumiałam, jak niedorzecznie wyglądam z boku, i poczułam, że gwałtownie czerwienieję. I nie tylko ze wstydu.

Ach ty ga-adzie. Gęsiorze płetwiasty. Indyku pawiozadny. Ależ to nieprzyjemnie rozczarować się człowiekiem.

Zresztą, czy rozczarować? Nigdy nie byliśmy przyjaciółmi, a teraz już na pewno nimi nie będziemy. Ludzie się zmieniają, a Gordiejew nie. Jak był w szkole pyszałkiem i snobem, tak nim został!

— Rzeczywiście, pomyliłam się, no proszę — zmusiłam się do napiętego uśmiechu do szanownego zgromadzenia. — Teraz widzę: nie, to nie Gordiejew i nawet ani trochę nie Dimka. Pewnie z nerwów mi się przywidziało.

— Hm, jest pani pewna?

— Mój dawny kolega z klasy to straszny nudziarz. Jeszcze w szkole zupełnie nie miał poczucia humoru. A państwa pracownik to taki żartowniś! Boki zrywać! Przepraszam, jak pan się nazywa? — zwróciłam się do technicznego.

— Wadim Spiridonowicz — odpowiedział mężczyzna.

— Ma pan rację, Wadimie Spiridonowiczu. Świetnie wychodzi mi zdobywanie informacji o przetargach. Mam nosa do transakcji, wie pan. I chyba naprawdę pomyślę o karierze hakera. Dziękuję! Do widzenia wszystkim! Miło było zobaczyć „GBG-projekt” od środka.

 

— No i jak, Maszka? Czemu tak długo? Wzięli?! — długi nos zasłonił mi widok.

Drżała mi dolna warga i trzęsły się ręce. I chyba nawet łzy stanęły mi w oczach. Jakoś wcisnęłam się w puchówkę i naciągnęłam czapkę. Zawiesiłam torbę na ramieniu i dopiero wtedy odwróciłam się do Szlapkina.

— Oj, Jurka, oni tam są tacy... Tacy!

— Jacy?

— A niech ich diabli! Chodźmy lepiej sprzedawać pomarańcze, co?

— Dokąd?! Jakie znowu pomarańcze? — zdziwił się Jurka.

— Hiszpańskie, oczywiście. Na targ. Mówią, że tam pensja jest dwa razy większa niż nasza. Najpierw pomarańcze, a potem może powierzą nam nawet banany.

— Chodźmy — zgodził się chłopak. — Tylko, Masz, ja jednak najpierw zajrzę do gabinetu, dobrze? — zaczął się cofać plecami do drzwi. — A nuż mi się poszczęści?!

Tylko machnęłam ręką. Każdy chce wierzyć w szczęście.

— Powodzenia.

W recepcji nie został już nikt z byłych pracowników, więc poczłapałam na ulicę. Do ochroniarza już się nie uśmiechałam, za to on, jakby wyczuwał mój nastrój, szczerzył się w gęste wąsy.

— Koniecznie proszę do nas jeszcze przyjść, proszę pani! Zawsze się cieszymy!

Jeszcze dygnąć powinien — u-u, ostrzyżony Karabas-Barabas! Jeszcze się śmieje! Czy oni się tu wszyscy zmówili, czy co? Nie firma marzeń, tylko jakiś antyprojekt od początku do końca!

 

***

 — Fiejeczko, nie jesteś przypadkiem zajęta? Masz pięć minut? Bardzo trzeba.

— A gdzie jesteś, Maruś? Co, rozmowa już się skończyła?

— Aha.

— No i jak poszło?

Nie wytrzymałam i pociągnęłam nosem do telefonu.

— Nijak, Nataszka. Nikogo oni nawet nie zamierzali brać. Tak tylko się pośmiali. Jestem w kafejce naprzeciw twojego „Beau Monde”. Proszę, powiedz, że masz chwilkę? Jeśli teraz się nie wygadam, to się rozryczę!

— Tak, koniec kwaśnienia, Malina! Wczoraj ja, dzisiaj ty. Co to za paskudna zaraza?! Obie jesteśmy pięknymi dziewczynami, życie wokół nas tętni. I owszem, czasem wali po głowie! Ale jeśli przezornie włożyć kask, to można całkiem znieść cios i oddać. Zaraz nafieję klientce farbę na włosy i przybiegnę! Akurat będzie pół godzinki!

Kiedy Nataszka przybiegła, siedziałam przy stoliku nad dwiema filiżankami espresso, podpierając policzki pięściami, i wspominałam Dimkę w szkole, nie mogąc zrozumieć, dlaczego tak postąpił.

Tak, nie przyjaźniliśmy się, to prawda. Zresztą trudno się przyjaźnić z kimś, kto całe życie chodzi z zadartym nosem. Prymus, najlepszy sportowiec, przystojny. Chyba już wtedy jego ojciec był ważną szychą, bo rzeczy Dimki były najlepsze. Gdyby nie robił z siebie nadętego kujona i nauczył się uśmiechać, dziewczyny nie dawałyby mu spokoju. Chociaż…

Chyba i tak nie dawały mu spokoju. Zwłaszcza w klasie maturalnej. Po prostu słabo pamiętam tamten okres życia. Wtedy wszystkie moje myśli zajmował Kirył Mamlejew, który uczył się klasę wyżej, nie dawał mi przejścia i do mojej klasy maturalnej zdążył już dostać się na uniwersytet.

A jeszcze, o ile pamiętam, Gordiejew był Kiryłowi chyba bratem ciotecznym albo jakimś dalszym kuzynem. Tylko że w szkole w ogóle ze sobą nie rozmawiali. I nawet nie mogli się nawzajem znieść. Ale co, jeśli wszystko się zmieniło i teraz się przyjaźnią?

Czyżby więc przez Mamlejewa tak się zachował? Ale dlaczego? Przecież ja nigdy i w żaden sposób nie niepokoiłam ich rodziny i nie zasłużyłam na taki brak szacunku!

Krótko mówiąc, tak. Zdenerwowałam się.

— No, co tam u ciebie, Malina, opowiadaj! — Nataszka wtoczyła się do kafejki jak modny pączek i opadła na krzesło. Rozpięła kożuszek. Wysypała z kieszeni na stół garść czekoladek.

Bez cukierków Fiejeczka żyć nie mogła, jak ktoś bez papierosów, i pochłaniała je przy każdej okazji. Moje dzieci uwielbiały ją za tę słabość, zawsze znajdowały się u niej dla nich słodycze — w torbie, w kieszeniach. A już jeśli trafialiśmy do niej do domu… Krótko mówiąc, dla moich malinek Nataszka była prawdziwą chrzestną wróżką.

— Choleeera, Maszka-a… Jak mnie po martini boli głowa! — przyjaciółka przycisnęła dłoń do czoła i zamknęła jedno oko. — Nigdy więcej nie będę pić tego świństwa litrami. Już lepszy śrubokręt! A wszystko przez Żorika, paskudę!

Żorik był winny i to jeszcze jak, z tym nawet nie próbowałam się kłócić.

— Co, jeszcze nie dzwonił?

Nataszka westchnęła i przyciągnęła do siebie filiżankę espresso. Łyknęła smakowicie.

— Już z dziesięć razy dzwonił, tylko nie odbieram. Przecież mówię — finita z nami. Game over* la komedia! Tym razem garnki potłuczone ostatecznie. Mam dość, Maszka! Facet ma być facetem, a nie miękką kluchą. Przykro mi to przyznać, ale Łza Krokodylowna wygrała. Aj, niech ich oboje szlag trafi! Teraz trochę pocierpię, za to dalej pójdę przez życie szczęśliwa i wolna. A może gdzieś tam czeka na mnie książę na białym koniu!

Prychnęłam.

— Gdzie tam, Fiejeczko?

— Gdzieś z przodu — Nataszka nieokreślenie zakręciła dłonią w powietrzu. — Nieważne! A ja tu grzęznę z jakimś Żorikiem Libermanem i jego mamą. No czy to nie ubaw, Malina?

Jakiekolwiek przykrości czyhałyby na mnie w moim własnym życiu, w życiu Nataszki też właśnie zasnuwały horyzont, i to mnie martwiło. Kochałam swoją przyjaciółkę, była dobrym człowiekiem i życzyłam jej tylko szczęścia.

Розділ 4 / 34 · Сторінка 1 з 2