SOVABOO
Rozdział 13, część 1
POV Czyż
— Romka, przestań jarać! Całkiem cię powaliło? Idź na salę do klientów! To ty jesteś tu kelnerem na pełnym etacie, a nie ja! I nie zawracaj głowy panu Jerzemu! Mamy jeszcze sześć sałatek na piąty stolik. Zaraz sobie pójdę i zostaniecie z Rajką sami na całą salę! Ona ci szybko pokaże, jak uczciwie dzielić napiwki!
— Fańka, ty nie rozumiesz, świętujemy zwycięstwo! Daj cię uścisnąć…
— Co? Spadaj! Zaraz cię zdzielę! Kartą menu przez łeb! Aj, szkoda z tobą gadać, Sawieljew…
I drzwiami na zaplecze — chlap! Przywarłam plecami do chłodnego metalu choć na minuteczkę. Bo byłam zmęczona, bo w głowie miałam rój myśli. Bo serce wciąż nie było na swoim miejscu.
Cóż to za wieczór w pracy — można paść. Czuję się jak osiołek, który wozi chińskie maluchy na rollercoasterze. No ile razy będę sobie obiecywać jedno, a robić drugie? Kiedy oduczę się wchodzenia w położenie innych? Gdy Timur prosił, bym została dłużej, twardo powiedziałam, że wyjdę o dziesiątej wieczorem. I proszę bardzo, na zegarze już wpół do dwunastej, w barze tłum ludzi, a ja wciąż jestem w „Marakanie”, biegam między stolikami jak oparzona razem z Rajką, pomagam Saszce i nawet nie potrafię sobie wyobrazić, kiedy ten dzień się dla mnie skończy.
Smutno mi i przykro. A nie mogę zostawić przyjaciół. Właśnie dzisiaj jest mi wyjątkowo przykro, choć nie wiem dlaczego.
Koniec, to na pewno ostatni raz! Jutro powiem to Timurowi! Innej opcji nie ma, będę musiała szukać innej pracy — spokojnej i na pewno nie do północy. Prosić się nie będę, a wracanie do domu po każdej zmianie taksówką, bo o tej porze nie chodzi już żaden transport, to dla mnie niedopuszczalny luksus. Jaki jest sens w ogóle pracować?
Uff. Chcę jeść, pić, chcę do domu i spać! Bardzo chcę!
I chcę poduszkę — wielką i miękką, i kołdrę, i żeby było cicho i ciepło…
Na myśl przyszło mi mieszkanie Sokoła, i nie tylko mieszkanie. To ci dopiero. Do tej pory policzki mi płoną, gdy wspomnę gorącą dłoń na brzuchu i usta przy uchu. Już tysiąc razy przewałkowałam w głowie wszystkie wydarzenia nocy i poranka, a wciąż nie potrafię zrozumieć: dlaczego mnie nie wygonił? Przyjęłabym jego decyzję.
Oczywiście od razu zauważyłam w barze kumpli Artema i jego samego. Ciągle myślałam: gdzie on przepadł? Czekałam, aż wróci, gdy wyszedł. A nuż go obraziłam? Na pewno go obraziłam. A on nie przyszedł.
Dlaczego czasem tak trudno jest zadzwonić? I to mówię ja o sobie. Obracałam telefon w dłoniach, odrzucałam połączenia od byłego, a właściwego numeru tak i nie wybrałam. Nie potrafiłam. Dlaczego?
Nie powinnam była mówić mu tego, co powiedziałam. Tego, co myślałam. To serce przemówiło przez żal po pierwszej miłości. Dobrze chociaż, że nie wyśmiał słów głupiej Fańki.
Dzisiaj Sokół znów bawił się z przyjaciółmi i znów w towarzystwie dziewczyn. Wszystko jak zwykle. Co prawda na kolanach nikt mu nie siedział i cudze ręce „Zaj” nie spoczywały na jego silnych ramionach. Nawet nie odpowiadał, gdy flirtowała z nim, zanosząc się śmiechem, całkiem ładna blondyneczka. Przyniosłam dziewczynom koktajle i słyszałam, jak opowiadała zabawny dowcip. Widać było, że Sokół jej się podoba, i to bardzo… Palce z czerwonymi paznokciami ostrożnie dotykały rękawa ciemnej koszuli, w której było mu bardzo do twarzy, a rzęsy zalotnie trzepotały. Nagle wyobraziłam sobie, że on ją całuje. Tę blondynkę. W tej właśnie chwili całuje ją tak samo, jak całował mnie. Nieważne, że chciał mi dać nauczkę… I odeszłam. Bo na samą tę myśl zrobiło mi się nieprzyjemnie i boleśnie na duszy.
Starałam się, bardzo się starałam nie patrzeć na Sokoła i po prostu pracować, ale wzrok sam raz po raz odnajdywał chłopaka. I za każdym razem trafiał na szare oczy. Uważne i chmurne. Zdaje się, że dzisiaj w ogóle nie pił. Czyżby wciąż był zły?
Oderwałam plecy od drzwi i skierowałam się na salę. Mecz bokserski skończył się pół godziny temu zwycięstwem mistrza w trzeciej rundzie, a tłum szalał z radości. Walka była krótka i, sądząc po krzykach i gwizdach gości zgromadzonych przed telewizorami plazmowymi — widowiskowa. Jeszcze chwila i ludzie zaczną się rozchodzić. Przyszedł czas na ostatnie drinki i zamówienia. A to oznacza, że Rajce i Romce będzie lżej, i ja będę mogła wreszcie pójść do domu. Ciekawe, czy na Fiedosiejewa jeżdżą autobusy nocne?
I co jest w domu do jedzenia?
I czy na pewno Sokół nie rozmyślił się co do mojego powrotu?
Ale oczywiście, pamiętając o umowie, przy jego kumplach nie odważę się o to zapytać. Wciąż jesteśmy dla siebie „znajomymi nieznajomymi”.
Wyszłam na salę i ze zdziwieniem wbiłam wzrok w Saszkę, którego głowa była zwrócona w stronę drzwi wejściowych. Przez te cztery minuty, kiedy mnie nie było — sala wyraźnie opustoszała. Dziwne.
— Saszka, gdzie są wszyscy? Co się stało? — zapytałam barmana. — Niemożliwe, żeby wszyscy tak szybko wyszli.
— No pewnie, że nie — obejrzał się chłopak. — Tam jest bójka, Fańka, i to chyba poważna! — oznajmił z błyskiem w oku. — Przed chwilą dwóch się tu spięło, ale wylecieli na zewnątrz. Oczywiście ludzie pognali za nimi — przecież mamy boks na porządku dziennym, zapomniałaś? Sam bym chętnie popatrzył, ale nie mogę zostawić baru.
— Aha.
— Słuchaj, Czyżyk! — Saszka złapał mnie za rękę. — A może ty popilnujesz, co? — zajrzał mi w oczy. — Ja tylko na sekundkę! Wyjrzę, zobaczę co i jak, i wracam! Dobra?!
Omiotłam wzrokiem salę — ekipy Sokoła nie było widać. Ich dziewczyn też nie. Pewnie całą gromadą wyszli pogapić się na bójkę i przy okazji odetchnąć świeżym powietrzem.
Wzruszyłam ramionami, zgadzając się.
— Dobra.
„Marakana” była znana w mieście jako bar sportowy i wiedziałam, że czasem dochodziło tu do różnego rodzaju starć. Choć Timur starał się jak mógł, by zapewnić lokalowi i gościom spokojną atmosferę, nieporozumień i wybuchów agresji i tak nie udawało się uniknąć. Jedno pocieszało — dyżurny patrol policji reagował szybko i sprawnie, zazwyczaj udawało się zdusić konflikty w zarodku.
— Tylko nie długu! — krzyknęłam za Saszką, stając na miejscu barmana. Przetarłam półkę, sprzątnęłam brudne szkło, poukładałam nowe szklanki, sprawdziłam alkohole i zdążyłam nawet obsłużyć jakieś małżeństwo, mieszając w szejkerze „Pina Coladę”, gdy nagle serce mi mocniej zabiło.
Za ścianą baru, na ulicy, zawyła syrena, a ja jak lis zwietrzyłam pismo nosem. Spojrzałam w stronę drzwi wejściowych, powoli odsunęłam butelki z alkoholem i wyszłam zza baru na salę, czując narastający niepokój.
Gdzie ten Saszka! Obiecał, że tylko na sekundkę!
— Panienko, a gdzie barman? Chciałbym jeszcze koniaczku.
— Co? Ach tak, już…
— Jakie ma pani piękne oczy, całe życie bym w nie patrzył! I palce jak u p-pianistki — bełkotał mało wyraźnie. No tak, sobota, ludzie odpoczywają. — Nie jest pani przypadkiem wolna po pracy? Moglibyśmy pójść… ee… pójść… — W tym momencie tacy klienci zwykle mają problem z wyobraźnią. Bo i dokąd można pójść z nieznajomą dziewczyną w środku nocy? Ale ten wybrnął. — P-pogadać? Co? Na gwiazdy popatrzeć?
— Dziękuję. Przypadkiem nie jestem.
— No to przepraszam…
Saszka wrócił po jakichś pięciu minutach razem z Timurem. Wymienili kilka słów i rozeszli się w swoje strony, a za nimi do środka zaczęli wchodzić goście, wracając z mroźnej nocy w przytulne ciepło baru.
— No i co tam się działo? — nie wytrzymałam, dopadając barmana z pytaniem. Dreptałam za jego czarną koszulką jak piesek. — Naprawdę była bójka, Sasza? Poważna?
— No, na papierosa to oni raczej nie wyszli! — odparł wymijająco i wyszczerzył zęby w zadowolonym uśmiechu. Wszedł za dębową ladę, nalał sobie szklankę wody mineralnej i wypił duszkiem. — Jatka była nie gorsza niż w dzień meczu hokejowego! — oznajmił z powagą, odstawiając szklankę. — Choć dzisiaj jeden wyrabiał za trzech. Najpierw spiął się z jakimś karkiem, potem z jego kumplami, a potem znów z tym karkiem, jak tamten odzyskał przytomność… A wtedy nadciągnęły chłopaki.
— Jakie chłopaki? — zamrugałam zdziwiona.
— No kumple sportowca, wiadomo! — prychnął Saszka, patrząc na mnie z góry jak na kogoś nierozgarniętego. — Napadli na ekipę tego blondyna, kiedy tamta dwójka się okładała, no i wpier… wyjaśnili im, krótko mówiąc, męski punkt widzenia. Jasno i dobitnie, rozumiesz, Fańka?
— Chyba tak.
— Mówią, że ten kark cały wieczór zaczepiał dziewczyny, no i chłopakowi jednej z nich puściły nerwy. Zwinny skurczybyk! W sekundę wywlókł bydlaka zza stołu, nawet nie połapałem się, kiedy zaczęli się tłuc. Słyszałem, że ten koleś — prowokator — to niezły świrus, a teraz sam to zobaczyłem. Ale i tak szkoda, że Timur wezwał gliny. Sami byśmy to załatwili na miejscu, nie pierwszy raz rozdzielamy zadymę. A teraz pismaki znów obsmarują „Marakanę”, że tu niebezpiecznie. Jak nic!
— Brr! Zimno! — Saszka poruszył barkami pod cienkim t-shirtem i potarł dłonie. — Fańka! — zawołał, choć i tak patrzyłam na niego jak urzeczona, próbując uchwycić jakąś myśl, która mgliście układała mi się w głowie.
— Co?
— Idź ty już do domu, i tak się dziś zasiedziałaś. Albo jak chcesz, odpocznij na zapleczu. Za jakieś dwie godziny Timur będzie zamykał i rozwiezie wszystkich z Tolanem do domów, hm?
Ale ja już patrzyłam na salę, w stronę wejścia, odwracając się od chłopaka.
— Dobra, Sasza…
Najpierw weszły dziewczyny — zdaje się, że blondynka chlipała. Za nimi pojawiła się grupa chłopaków — obsługiwałam ich stolik, więc ich zapamiętałam. A potem weszli Martynow, Leszka i ten ciemnowłosy kumpel Sokoła w rozpiętej na oścież koszuli. Samego Sokoła nigdzie nie było, co sprawiło, że poczułam nagły, nieprzyjemny chłód w piersi.
Odczekałam chwilę, obeszłam stolik przyjaciół, którzy wciąż nie chcieli usiąść, kłócąc się o coś półgłosem, i nie wytrzymawszy, wyszłam na zewnątrz. Wbrew moim obawom wszystko wyglądało tam zwyczajnie: nocna cisza miasta, wysokie latarnie i grupki palących osób. Sokolskiego wciąż nigdzie nie było widać.
W cienkiej bawełnie momentalnie zmarzłam, niskie obcasy lekkich butów utonęły w świeżym śniegu… Wzięłam głęboki wdech i uparcie pomaszerowałam w stronę parkingu — chciałam sprawdzić, czy auto chłopaka wciąż tam stoi. W końcu Artem mógł po prostu odjechać, nie musi przecież meldować Czyżykowi każdego swojego kroku. Gdy jakieś pięć metrów dalej, pod rozłożystą topolą, zobaczyłam znajomą szarą Toyotę — zatrzymałam się, uderzona nagłą myślą. Tak, auto Sokoła tu jest i być może on sam też. A jeśli nie jest w tym aucie sam? Nie jest tajemnicą, że pod barem czasem kwitnie „życie osobiste”, a ja tu biegam jak półnaga gazela, zaglądając w szyby.
— Fania? Co ty tu robisz?
Leszka. Podszedł niezauważenie od tyłu, zasłaniając mi widok na bar, i obrócił mnie za ramiona.
— Ja? — pisnęłam wystraszona, czując się pod jego czarnym spojrzeniem jak przestępca złapany na gorącym uczynku. — No bo ten… szukam Romki, naszego kelnera — palnęłam pierwszą lepszą wymówkę. — Timur się wścieka. Zaraz koniec zmiany, a on gdzieś przepadł. A ja już muszę iść do domu.
— Tak rozebrana? Serio, Fańka?
— No pewnie! Już uciekam! Wyskoczyłam tylko na sekundkę! — machnęłam ręką w stronę wejścia. Ominęłam go, ale zaraz przystanęłam, zadzierając głowę.
— Leszek, a co tu się właściwie stało? Mówili mi, że była bójka?
Leszy zacisnął usta i wsunął ręce do kieszeni spodni.
— Nie widziałaś?
— Nie. Byłam na zapleczu.
— No była — skinął głową. — Sam nie wiem, o co poszło. Sokół dzisiaj jakby się z łańcucha urwał. Ni z tego, ni z owego rzucił się na jakiegoś blond karka. Dla Artema to nie pierwszyzna, jasne, ale nie pamiętam, żebym go widział aż tak wściekłego. Mam wrażenie, że my z Maksem i Sewą bardziej go powstrzymywaliśmy, niż rozdzielaliśmy bójkę.
— S-sokolski? Artem?! — wykrztusiłam zdumiona.
— No tak — uśmiechnął się ponuro Leszka. Spojrzał na mnie nagle ze swoją charakterystyczną złośliwością. — A co ty się tak dziwisz, Fańka? Przecież zdążyłaś go poznać. Na pewno wiesz, jakim potrafi być świrem.
Wzruszyłam ramionami, zakłopotana. Wybełkotałam niepewnie:
— No nie… nie aż tak bardzo…