SOVABOO

Niespodzianka dla profesora

Ch. 2: 2. Artystka

2. Artystka

Peatükk 2/38 · Lehekülg 2/24%

Podniecały mnie jego oczy, chytrze zmrużone za szkłami modnych okularów, jaskrawoniebieskie niczym wody oceanu gdzieś u wybrzeży Arktyki. Podniecał mnie jego zapach, który odurzał mnie aromatem ginu i zdawał się wypełniać oba moje płuca. A jego ciężka, gorąca dłoń na mojej talii wypalała mi skórę przez ubranie. Wydawało mi się, że z pewnością zostawi tam ślad jak po oparzeniu.

I to… budziło we mnie dzikie podniecenie, rodziło niezrozumiałe uczucia i myśli. Na przykład o ustach profesora na mojej rozpalonej skórze, która teraz była niczym odsłonięte przewody — każdy dotyk przeszyłby moje ciało elektrycznym wyładowaniem.

Usta wabiły, a oczy czyniły ze mnie niewolnicę.

Jeszcze chwila, a zrobiłabym coś głupiego. Na przykład rzuciłabym się na profesora jak wygłodniała samica.

Ale on cicho wypuścił powietrze — nie usłyszałam tego, lecz poczułam, jak jego szeroka pierś unosi się i opada — po czym zamknął oczy.

Podniósł okulary na czoło, skrzywił się i potarł twarz. Kiedy znów nasunął okulary, całe podniecenie spłynęło ze mnie niczym woda z topniejącego śniegu.

— P-przepraszam — wciąż się jąkając, szepnęłam profesorowi do ucha — z-zmoczyłam pana.

— Wyschnie — odparł niewzruszenie Książę, który jeszcze przed chwilą poruszał we mnie wszystko, co najskrytsze. — Chyba że planuje pani nadal mnie… moczyć.

Spojrzał przy tym tak, że miałam ochotę go zabić. Odskoczyłam, gdy profesor przestał mnie trzymać, i plecami uderzyłam w kogoś za sobą. Coś głucho stuknęło i potoczyło się po podłodze, a za moimi plecami rozległy się przekleństwa i oburzenie.

Pasażerowie, których po kilku przystankach wyraźnie ubyło, ożywili się i zaczęli pomagać w zbieraniu tego, co się rozsypało. Ja też spróbowałam podnieść pomarańczę, która podtoczyła się do mojej nogi, ale ktoś brutalnie mnie chwycił i przycisnął do twardego boku, niczym skarcone kocię.

Spróbowałam się wyrwać, ale ostry głos profesora przygwoździł mnie do podłogi.

— Proszę stać w miejscu, Jaskółko, zanim rozwali pani cały wagon w cholerę. Kobieto — zawołał do krzątającej się blondynki około trzydziestki, której torba rozerwała się, gdy wpadłam na jej plecy, a wszystkie zakupy wylądowały na brudnej podłodze wagonu metra.

Książę tymczasem zręcznym ruchem wyłowił z całego tego chaosu długi paragon, zmarszczył brwi, zapewne oceniając sumę, jaką dziewczyna wydała na ten skromny zestaw, i zrobił coś, czego za nic w świecie nie spodziewałam się po naszym tyranie i uzurpatorze. Po prostu odliczył kilka banknotów z portfela i podał je osłupiałej dziewczynie.

Dziewczyna zawahała się, speszona, i nie kwapiła się, by je wziąć.

— Najmocniej przepraszam za moją… — rzucił mi szybkie spojrzenie i… uśmiechnął się szeroko, po chłopięcemu, wręcz zawadiacko — towarzyszkę. To moja wina, nie zdołałem utrzymać jej w ramionach. Proszę. — Wcisnął złożone banknoty w smukłą dłoń z jaskrawym manicure. — Mam nadzieję, że zrekompensuje to pani… niedogodności.

Dziewczyna uśmiechnęła się i chyba nawet rzuciła Księciu zalotne spojrzenie — nie widziałam tego, bo pociąg zatrzymał się na stacji, a telefon zawibrował, oznajmiając nadejście wiadomości:

„Pilnie oddzwoń! Basia zniknęła!”

Peatükk 2 / 38 · Lehekülg 2/2