SOVABOO

Upolować Kujona!

Ch. 7: Rozdział 7

Rozdział 7

Розділ 7/7 · Сторінка 1 з 386%

Agnia

- Terry, odczep się! No, Terry!

Rozległo się figlarne warczenie, kołdra zsunęła się w dół, a długie zęby, kłapnąwszy, ostrożnie ugryzły mnie w piętę.

Nie chciało mi się budzić. Przez zaciągnięte grube zasłony w sypialni było ciemno i przytulnie, i lekko pachniało narcyzami. Podkuliłam nogę, przewróciłam się na drugi bok i naciągnęłam kołdrę na głowę, plącząc się we własnych włosach.

Nie pomogło. Doberman miał już osiem lat i znaliśmy się jak łyse konie: ani jemu, ani mnie uporu nie brakowało.

Ciemna głowa wsunęła się pod puchowy fałd kołdry, pies znowu znalazł moją piętę, złapał ją i zaczął uparcie „gryźć”. I to tak głośno, jak soczystą kość, że przybiegła maleńka Gretta i radośnie zaszczekała cienko. Ona też chętnie dołączyłaby do przyjaciela w egzekucji, ale wzrostem nie dorosła, więc gorliwie go dopingowała.

Leniwie odkopnęłam, już rozumiejąc, kto wygra w tym starciu:

- Precz! - Oburzyłam się: - Całkiem wam odbiło! Hej! - sięgnęłam po kołdrę, kiedy doberman ściągnął ją za brzeg z ramion. - No dajcie mi się wyspać! Nie chcę wstawać, jasne! Nie chcę!

Ale ledwie wsunęłam dłoń pod policzek, Terry dźwięcznie i protestująco szczeknął, Gretta zapiszczała, a w salonie rozległy się ciężkie kroki starego Charlesa.

Charlie w naszej rodzinie uchodził za niepodważalny autorytet, a skoro osobiście kierował się do mojej sypialni, znaczyło to, że ze mną naprawdę jest coś nie tak. Musiałam usiąść w łóżku, spuścić nogi i ziewnąć.

- Ach ty! Skarżypyto! A jeszcze przyjaciel! Trzech na jedną, to niby uczciwe?

Wyrzut zabrzmiał gniewnie, tylko kto by się tu mnie bał! Terry wsparł przednie łapy na łóżku i rozchylił paszczę. Wyciągnęłam się do niego, złapałam za ucho i pocałowałam w czarny, zadowolony pysk.

– Co się szczerzysz? Cieszysz się, że wyszło po twojemu, tak? No nic, jeszcze wam wszystkim to przypomnę! Każdemu! - zagroziłam posępnie. - Macie wy w ogóle sumienie, co, Charlie? - zapytałam doga, patrząc w mądre oczy, kiedy pies zatrzymał się naprzeciw i z godnością usiadł. - Źle mi, rozumiecie? Bardzo! A wy: wstawaj, wstawaj... Niczego nie chcę, zupełnie!

 

- Oj, Agnieszka? A ty jesteś w domu, nie na uniwersytecie? Co, dzisiaj też?

Weszłam do kuchni w tym, w czym spałam - w piżamowych szortach i topie. Podszedłszy do stołu, nalałam z karafki wody do kieliszka i wypiłam. Skinęłam gospodyni, która krzątała się przy kuchence z obiadem. Właśnie w tym momencie kroiła na desce bazylię do sosu pesto, a nóż miarowo wystukiwał pod jej rękami „stuk-stuk-stuk”. Zupełnie jak moje serce, kiedy Morozow trzymał mnie za rękę.

Dziwne porównanie, ale już trzeci dzień z rzędu nasza rozmowa z Loczkiem nie wychodziła mi z głowy i nie dawała spokoju. Najpierw po raz pierwszy wypowiedziane przez niego „Agnia” wryło się w pamięć - ile razy chłopcy wymawiali moje imię tak samo jak Anton, z nadzieją. A potem przypomniałam sobie rozgniewane spojrzenie jasnobrązowych oczu i zupełnie szczere, choć rzucone w złości: „Nie jesteś mi potrzebna, Korsak!”

Okazało się, że bycie niepotrzebną - zbędnym człowiekiem - bardzo boli. O wiele bardziej niż obdarcie kolan i palców do krwi o gorące kamienie tyrolskich skał. Możliwe, że gdybym w tamtej chwili była na ścianie wspinaczkowej, puściłabym ręce. Wątpię, żeby podłoga wyłożona materacami potrafiła „tak samo” wybić ze mnie dech, jak udało się to Morozowowi.

A on nawet nie zauważył, co narobił. Wolał się obrazić. Idiota, no wdałby się w bójkę z tym mięśniakiem i co dalej? Stas załatwiłby go paroma ciosami - zdążyłam raz zobaczyć, jak w „Pajęczynie” stawiał się i wymuszał swoje, więc do nas też nie podbił tylko po to, żeby się przywitać. A potem co? Komu byłoby od tego lepiej? Przecież gdyby Loczek znalazł się na ziemi, znienawidziłby mnie już zupełnie!

Chociaż kogo ja oszukuję? I tak mnie nie cierpi.

Och, mnie osobiście od tej miłości jest tylko gorzej! Dorwałabym tego żartownisia Kupidyna za szyję i ukręciła tę pulchną główkę do diabła! No naprawdę, zakochać mnie w takim upartym obiekcie!

Tamtego dnia dialog Morozowa z Niuszą Cichutką na fizyce obliczeniowej pozostał niedokończony, a Anton dwa razy wieczorem napisał:

„Niusza, wszystko u ciebie dobrze?”

„Skrobnij parę słów. Jesteś w porządku?”

Nie, nie w porządku. Jak mogę być w porządku, skoro Loczek martwi się o nieznajomą dziewczynę, a na mnie ma gdzieś.

No dlaczego, dlaczego nie jestem pryszczatą grubaską z kupą wymyślonych kompleksów? O ile wszystko byłoby prostsze! Mielibyśmy chociaż szansę zostać przyjaciółmi.

O co pytał? O to, dokąd zaprosić dziewczynę?

Niusza Cichutka: „Tak, wszystko świetnie! Nauka mnie odciągnęła. A dziewczynę najlepiej zaproś do parku - jeśli oczywiście nie zamierzasz całować się z nią już na pierwszej randce. Wtedy tylko do kina, i najlepiej na ostatni rząd!”

W myślach wyrwałam Elloczce Klukwinie kępę włosów na czubku głowy. Niech tylko spróbuje się zgodzić! Taką wycieczkę do kina jej urządzę, że do końca życia zapamięta, jak wykorzystywać mojego Mrozika! Nie do dziekanatu, wyślę ją jako pionierkę na Marsa!

Anton Morozow: „Już zapomniałem, ale dzięki. Zdziwisz się, jak biegunowo potrafią zmieniać się nastrój i myśli. Chyba jest ktoś, z kim chciałbym znaleźć się w różnych galaktykach. Jest po prostu nie do zniesienia. Nie wiem, czy ta dziewczyna w ogóle potrafi kochać kogokolwiek poza sobą, ale ma okropny charakter i dziś się starliśmy. I to nie Ella.

Wybacz, że bez szczegółów. Teraz zupełnie nie chce mi się myśleć o żadnej randce”

Niusza Cichutka: „Druga dziewczyna? Ale z ciebie lowelas! I na pewno jesteś do niej uprzedzony. A może jej się podobasz? Wiem po sobie, chłopaki często nie widzą oczywistości”.

Anton Morozow: „Wcale nie. Tak wyszło”.

Niusza Cichutka: „Każdy człowiek jest zdolny do miłości, trzeba tylko dać mu szansę się o tym przekonać. Nie uważasz?”.

Anton Morozow: „Dementora to wyraźnie nie dotyczy. Tak, wiem, że jesteś fanką Rowling, ale uwierz - to najtrafniejsze porównanie, jeśli chodzi o tę dziewczynę. Nie chcę już o niej rozmawiać. Jutro na blogu będzie nowa recenzja powieści - wpadnij!”

Chciałam jeszcze napisać do Morozowa - i o uczuciach, i o charakterze, i o tym, że „trzeba głębiej patrzeć w korzeń, Tosiu!”, ale nie mogłam. Pożegnałam się krótko, wysyłając odpowiedź nieposłusznymi rękami.

Tamtego wieczoru chciałam, żeby rozmawiał ze mną, a nie z wirtualną Niuszą. To wszystko przypominało tortury.

Kolejnych dwóch dni prawie nie zapamiętałam. Biegałam po trzy godziny na bieżni, przepadałam w „Skale” i bez pytania brałam ojcowski motocykl - jeden z dwóch - żeby pognać podmiejską trasą. I nie, na uniwersytet nie chodziłam - nie mogłam.

Gdybym mogła się upić, pewnie lepiej byłoby się upić...

- Dzień dobry, Olgo Pawłowno, - przywitałam się z gospodynią, odstawiając kieliszek na szeroki stół jadalny. - Tak, dzisiaj jestem w domu.

- Coś się stało? Nie zachorowałaś chyba? - zaniepokoiła się kobieta, a ja pospiesznie ją uspokoiłam, odgarniając splątane włosy z twarzy. - Nie, wszystko dobrze.

Розділ 7 / 7 · Сторінка 1 з 3