Rozdział 7
Zajęcia na uniwersytecie opuszczałam rzadko - wieloletnie godziny z korepetytorami i lekcje tańca od dzieciństwa przyzwyczaiły mnie do punktualności i planowania wszystkiego z wyprzedzeniem, więc jej troskę przyjęłam normalnie. Za to na matkę, która również znalazła się w kuchni, spojrzałam z niepokojem. Ona w dwie sekundy potrafiła zrobić z muchy słonia.
Nie widziałyśmy się prawie tydzień - rano mama nie wstawała przed obiadem, a wieczorami znikała w teatrze. Ale dziś nasze drogi się skrzyżowały.
Tak jak dla mnie, dla niej poranek dopiero się zaczynał. Viola Korsak siedziała na barowym krześle w domowym jedwabnym peniuarze, bez grama makijażu na twarzy, i trzymała cienkiego, niezapalonego papierosa przy swoich wciąż idealnych ustach.
Dwa zaciągnięcia. Zrobi dwa zaciągnięcia i zgasi go w popielniczce z cienkiej chińskiej porcelany. Tak trwało już rok. Kto wie, może kiedyś uda jej się rzucić. W każdym razie ja i ojciec bardzo tego chcieliśmy.
Podeszłam i pocałowałam delikatny policzek pachnący perfumami. Ta kobieta sama była kwiatem - drogim i świeżym.
- Cześć, mamo. Wreszcie się zobaczyłyśmy. Co u ciebie?
Niebieskie oczy spojrzały z niepokojem. Matka wyciągnęła się i objęła mnie w odpowiedzi. Przesunęła dłonią po długich włosach.
- Cześć, Iskierko. U mnie dobrze, za to u ciebie chyba niezbyt. Co z tobą, Agnieszka? Wyglądasz, jakbyś dwa dni spała w sianie, i to nie sama.
- Żeby chociaż...
Nastrój był tak samo psi jak ogon Gretty łaskoczący mnie po nodze, i westchnęłam. Opadłszy na krzesło, chwyciłam z wazonika kilka orzechów nerkowca i wrzuciłam do ust. Nie wiem, po co tu przyszłam, ale jeść mi się nie chciało. Najpewniej zajrzałam po chwilę oddechu. Zgubiłam się i nie mogłam się odnaleźć.
Matka pytająco uniosła brwi i z namysłem zatrzymała na mnie wzrok. Rodzice byli oczywiście ludźmi postępowymi i wolnymi od konwenansów, ale tematu osobistych relacji, zwłaszcza za drzwiami sypialni, nigdy nie poruszałyśmy.
- A... co tam Eryk? - matka pstryknęła zapalniczką i zaciągnęła się. Wypuściła dym cienką strużką, unosząc brodę. - Taki ładny, wyrazisty chłopiec. I wzdycha do ciebie, - zauważyła mimochodem. - Nie przyjeżdżał? Wydawało mi się, że dobrze wam razem.
Wzruszyłam ramionami - nóż Olgi Pawłowny wciąż tak samo równo wystukiwał „stuk-stuk-stuk-stuk”, nie wypuszczając Antona z moich myśli.
- Nie wiem. Normalnie, chyba.
- Co, dalej się nie pogodziliście?
- My się nawet nie pokłóciliśmy. Znudził mi się i tyle. Zrobiło się nudno, nie chcę go trzymać - po co? Od jego wyrazistości ani mnie ziębi, ani grzeje.
Nóż zaczął stukać wolniej i ciszej. Przypomniałam sobie, co Milenka opowiedziała o Irce - że ona i Eryk coś tam mieli - i zerknęłam na gospodynię. Ira była córką Olgi Pawłowny i kto wie, co opowiedziała matce o swoich relacjach z Pokrowskim.
Matka przechwyciła spojrzenie i po raz drugi zaciągnęła się papierosem. Wypuściwszy dym, zgasiła go w popielniczce i zmieniła temat.
- Więc może powiesz, o co chodzi? - złożyła przed sobą ręce. - Opuszczanie zajęć, do ojca nie dzwonisz, wygląd... Agnia, martwisz mnie, a twoja fryzura też. Wacław się zmartwi, jeśli zobaczy cię w takim stanie. Jesteś naszym najlepszym dziełem, pamiętaj o tym następnym razem, gdy postanowisz obejść się bez szamponu.
- Mamo, przestań, - skrzywiłam się. - To, co działało, kiedy miałam dziewięć lat, już nie działa.
- Nawet o tym nie myślę. Wczoraj dzwoniłam do Igorka do salonu - skarżył się, że odwołałaś manicure i nie wyznaczyłaś nowego terminu zabiegu. - Mama wyciągnęła rękę i pogładziła mnie po ramieniu. Uśmiechnęła się tak, jak umiała tylko ona - ten uśmiech znały tysiące. - Iskierko, zabijanie w sobie kobiety to przestępstwo, - powiedziała z czułym wyrzutem. - A odmówić takiemu mistrzowi to przestępstwo podwójne! Nie wiem, co cię tak zmartwiło, ale nie istnieje powód, dla którego możesz odmówić sobie tego świętego rytuału i chodzić rozczochrana, zwłaszcza przy swoim mężczyźnie.
I znów przed oczami stanął przeklęty Mrozik - zły i dumny jak niedostępna twierdza. W okularach i z plecakiem za plecami. Gdzieś nad głową zaśmiał się Kupidyn. Przekręcił strzałę w sercu i ono tęsknie zabolało. Ale przynajmniej mózgu mi nie wyłączył, i za to dzięki.
Tak zdjąć ten plecak i porządnie walnąć nim w jasny, kręcony tył głowy, żeby okulary poleciały, a oczy przejrzały - proszę go, widzi mnie na wskroś! Nostradamus w okularach!
A potem sama po sobie nie spodziewałam się, że się przyznam. Olga Pawłowna właśnie stawiała na stole talerze ze śniadaniem, kiedy niespodziewanie półgłosem oznajmiłam:
- A mojego mężczyznę to nie obchodzi, mamo. Nic go nie obchodzi! Nie wierzy mi - jestem dla niego tylko ładnym opakowaniem z okropnym charakterem. Marzy, żeby eksmitować mnie do sąsiedniej Galaktyki i nigdy więcej nie widzieć.
- To znaczy... jak to? - matka zastygła z serwetką w ręce, nie sięgnąwszy do sztućców. - To jakiś żart? - zapytała zdezorientowana.
- Nie, prawda. Jest fizykiem, mierzy odległości sekundami kątowymi i parsekami. „Tam, gdzie diabeł mówi dobranoc” to dla niego za mało daleko.
- Agnia, czy on jest dorosły?
Wstałam. Pora było się zbierać, ale najpierw warto było uspokoić mamę. Dla niej byłam wystarczająco dorosła, żeby samodzielnie rozwiązać swoje problemy.
- Nie, młodszy ode mnie o cały dzień, ale uparty. I najlepszy, chociaż idiota!
- Dziękuję, Olgo Pawłowno, - odwróciłam się do kobiety obecnej w kuchni. - Cudowna bruschetta, ale muszę jechać do „Skały”.
- Agnieszka, a co z...
- W „McDonaldzie” coś przekąszę!
Już wychodząc z domu, pomyślałam, że teraz, kiedy o Loczku wiedzą Dita i mama, wygląda na to, że moja rodzina jest gotowa na spotkanie z Morozowem.
Zostało tylko wymyślić, jak mam go z nimi poznać.
Anton
- Anton, a jakie dziewczyny bardziej ci się podobają - jasne czy ciemne?
- Mądre.
- No, Tosiek! Ja pytam serio!
Siedziałem w domu w kuchni, zerkałem na zegar i piłem herbatę. Kristina siedziała przy stole naprzeciwko, bębniła palcami po kolanie podciągniętym pod brodę i oglądała mnie przez rumiany obwarzanek.
Kiedy założyła obwarzanek na nos, odebrałem jej go i odłożyłem na talerz.
- A ja odpowiadam serio. Ciekawe, po co ci to wiedzieć?
- Tak sobie. Pokłóciłyśmy się z dziewczynami w szkole, kto bardziej podoba się Denisowi - ja czy Wika. Chcemy zrozumieć prawidłowość. Przecież logicznie rzecz biorąc, jeśli chłopak jest jasny, to powinny mu się podobać ciemne dziewczyny, i odwrotnie. Tak?
Już dawno przestałem się dziwić, czym zapchana jest głowa mojej siostry.
- Nie, nie tak. Jeśli sądzić według twojej logiki, rudym podobają się wyłącznie rudzi i nikt inny.
Kristina zdziwiona westchnęła:
- A tobie co, rude się podobają?! - Przeciągnęła z namysłem: - Jakoś o tym nie pomyślałam...
Ugryzłem kanapkę i popiłem gorącą herbatą. Wsunąłem do ust kawałek sera.
- A co ja mam do tego? - wzruszyłem ramionami. - Przecież już ci odpowiedziałem, jakie.
- No tak! Już ci uwierzyłam! A jeśli dziewczyna wygląda jak podwójny cheeseburger? A jeśli jest feministką albo ma odstające uszy? Co, wszystko jedno, byle mądra? - siostra podejrzliwie zmrużyła oczy i podparła brodę piąstką, nie chcąc się mną rozczarować.
- Choćby z kółkiem w nosie!